"Jaki widzisz problem w zabiciu wampira?

przecież i tak jest martwy!" - Czarujący Mike

Login:
Hasło:
Zarejestruj się!

Wnętrze mojego ucha przypomina wielką ropiejącą ranę.

Na razie cisza.
Tagi: sick
02.10.2010 o godz. 13:54

37.


Jasper wiedział co się stanie w momencie, kiedy zobaczył Jacoba w drzwiach kuchni. Zareagował odruchowo: odepchnął od siebie Renesmee i przyjął na siebie blisko dwutonowy ciężar wilczego ciała.
- Nie! – krzyknął czyjś dziewczęcy głos. Po chwili rozpoznał w nim głos Jerico i zdążył się zastanowić, czy nagła demaskacja Jacoba nie wywoła w niej zbytniego lęku.
Potem olbrzymia siła wbiła go w ścianę kuchni, roztrzaskując jego plecami aneks kuchenny i wiszące szafki nad wyłożonym włoskim marmurem blatem.
Alice patrzyła, jak skłębione postacie przebijają ścianę, potem drugą od pomieszczenia gospodarczego, i z głośnym hukiem lądują w pralni, przetaczając się na podłodze.
Renesmee uniosła ręce do twarzy.
- Przestańcie! Natychmiast przestańcie!
Nikt nie zwrócił na nią uwagi. Olbrzymi wilk przyparł Jaspera do podłogi, najwyraźniej w zamiarze oderwania mu głowy i niechybnie zrobiłby to, gdyby ten nie trzymał rąk na jego karku. Jego kły znalazły się kilka cali od twarzy wampira pod nim.
- Zabije go! – jęknęła Renesmee.
Emmet, którego zwabiły do kuchni odgłosy walki, ostrożnie zdjął z jej ramienia strzęp koszulki Jacoba. Nie był świadkiem ich kłótni na górze, nie było go także na dole w chwili wybuchu wilkołaka, stąd też był pewien, że jego siostrzenica obawia się o życie swojego indiańskiego przyjaciela.
- Jazz go oszczędzi – powiedział uspakajającym tonem. – Jest na ogół całkiem łagodny.
Jakby na potwierdzenie jego słów, Jasperowi udało się wreszcie podważyć ciało wilkołaka nad nim i w tej samej chwili wylądował on na przeciwległej ścianie. Brązowy wilk zaskomlał, kiedy uderzył w wysokość lamperii i bezwładnie opadł na posadzkę. Natychmiast się otrząsnął, rozsiewając wokół chmurę tynku i zwierzęcej sierści, po czym na nowo obnażył kły.
Sylwetka Jaspera wyprostowała się po drugiej stronie korytarza utworzonego z szeregu dziur w ścianach. Pochylił ostrzegawczo głowę.
- Uspokój się, Jacob – warknął, odsłaniając zbyt idealne zęby. Renesmee nie widziała go wcześniej takim. Dotychczas znała go jako opanowanego i stanowczego, czasem niemal sztywnego wampira, tymczasem okazało się, że potrafił wywołać na swojej twarzy ten sam grymas nienawiści, jaki przerażał ją u dzikich nieśmiertelnych. Czarna ciecz spłynęła po jego szyi i natychmiast wsiąknęła w białą skórę, zanim zdążyła zarejestrować ślad po draśnięciu pazura – wyjdź i wróć, kiedy się opanujesz.
Jacob (a raczej to, czym się stał zanim nie ogarnęła go furia), pochylił głowę w wyrazie zmieszania. Zgromadzeni odetchnęli z ulgą, kiedy zwrócił tęskne spojrzenie w kierunku drzwi.
I już wydawało się, że na tym zakończy się konflikt, kiedy Renesmee wypaliła:
- Jesteś cały, Jazz?
Wilk natychmiast obrócił swój łeb w jego stronę i zaryczał z wściekłości.
- Uważaj! – krzyknęła Alice do Jaspera, który odwrócił się do wyjścia.
Jacob skoczył w kierunku jego pleców.
Renesmee wrzasnęła piskliwie. Emmet odsunął ją niecierpliwie i wystąpił przed szereg, widocznie chcąc powstrzymać człowieka, które na nowo stracił kontrolę nad zwierzęcą stroną swojej natury.
- Dość.
W momencie, kiedy zabrzmiał jasny głos, wszyscy znieruchomieli, łącznie z wilkiem w połowie skoku, który miękko opadł na podłogę.
To Jerico wstała z krzesła i teraz opierała się swobodnie o futrynę drzwi.
- Dość – powtórzyła ciszej, ostatnie słowa kierując do wilka, teraz płaszczącego się u jej stóp i skomlącego cicho. – Wyjdź.
Bez cienia buntu, Jacob podniósł się chwiejnie na łapach i nie podnosząc łba, wybiegł z kuchni.
Zwróciła swoje spojrzenie na resztę.
- Jeśli szukaliście powodu, dla którego miałabym uwierzyć w waszą niewinność – zaczęła, omijając starannie wzrokiem Jaspera – to właśnie go znalazłam. A teraz przestańcie zachowywać się jak banda rozhisteryzowanych dzieciaków i pokażcie mi wreszcie mój pokój.
fp_kitchen_1.jpg
Tagi: in af
29.09.2010 o godz. 22:18

36.

Przypuszczał, że do tego dojdzie. Więcej: był pewien, że kiedy pojawi się w Allegan, Renesmee będzie na niego wściekła.
- Po co przyjeżdżałeś? Nie prosiłam cię o to! – krzyknęła, zatrzaskując za sobą drzwi pokoju. – Mówiłam, że potrzebuję przestrzeni, że musimy odpocząć od siebie, a ty
- Po pierwsze, uspokój się – poprosił, nie dając wyprowadzić się z równowagi. – Po drugie, nie rozumiem, skąd w tobie tyle wściekłości względem mnie.
- Bo pojawiłeś się bez zapowiedzi! – odwrzasnęła. Na jej policzkach wystąpiły czerwone plamy – bo nie było potrzeby, żebyś przyjeżdżał!
Teraz i on stracił cierpliwość.
- Nie ma potrzeby? – zapytał na pozór spokojnie. – Nie ma potrzeby? – powtórzył, tym razem głośniej. Wyrzucił z siebie jednym tchem – Na dole kręci się pomiot Volturi ze sparszywiałym dobermanem, ściana w salonie jest rozwalona, jakby uderzył w nią samochód ciężarowy i okazało się, że Cullenowie przyjęli pod swój dach jakąś obcą dziewczynę, która, z tego co mi powiedziano jest tego sprawczynią, a ty mówisz mi, że nie miałem potrzeby przyjechać?
Umilkł, wyczerpawszy zapas powietrza w płucach.
- Edward już ci powiedział, że ona to zrobiła? – zapytała podejrzliwie Renesmee, do reszty zbijając go z pantałyku.
Wzruszył ramionami.
- No, tak – odparł. Przypomniał sobie, jak omal nie zemdlała, kiedy wpadli na siebie na schodach i jak pomrukiwała z niedowierzaniem, kiedy schodziła na dół. Uśmiechnąłby się pod wąsem, gdyby naturalnie go posiadał – nie wiem, jak to zrobiła, bo z pewnością nie jest śmierdzielem.
Renesmee spiorunowała go wzrokiem i natychmiast się poprawił:
- To jest… eee… wampirem.
Jej spojrzenie stwardniało.
- Mówiąc tak, obrażasz i mnie – powiedziała.
W jej oczach pojawiły się łzy.
- Nie przesadzaj, Nessie – odparł. Zbyt dobrze znał jej humory, żeby przejmować się taką błahostką. Córka Belli często używała łez jako środka perswazji – przecież wiesz, że twoja rodzina to nie to samo.
Zareagowała zupełnie tak, jak się spodziewał.
- Nie chcę cię znać! – szarpnęła za klamkę i otworzyła szeroko drzwi, wybiegając na korytarz.
Westchnął i wyszedł za nią na schody. Gdyby do reszty ją zlekceważył, prawdopodobnie byłaby to jego najkrótsza wizyta w domu Cullenów. Pognała w dół, prosto do kuchni.
- Ness!
Zignorował Rosalie, w tej chwili rzucającej pod jego adresem cierpkie uwagi w salonie i tego blondynka z Voltery, który przyglądał mu się z zaciekawieniem malującym się wyraźnie w szeroko otwartych czerwonych oczach.
Wpadł do kuchni i stanął jak wmurowany w wejściu. Poczuł, jak krew napływa mu wartkim strumieniem do serca, a ciało zaczyna drżeć.
Czarnowłosa dziewczyna, siedząca przy stole pod oknem i zaciskająca w pięści batonik snickersa, obrzuciła go zdezorientowanym spojrzeniem.

Nie ona. Nie mogła pójść w ślady swojej matki.

Jasper spojrzał zaskoczony na Jacoba, ponad głową wtulającej się w niego Renesmee.
- Powiedz mu, żeby dał mi spokój – wyszlochała, ramionami obejmując jego szyję i zbliżając swoją twarzy do jego piersi.

Nie słyszał jego tłumaczeń. Kolejne słowa utonęły we wszechogarniającej furii.
img-thing.jpg
Eclipse-Screencaps-alice-and-jasper-14962107-720-304.jpg
Tagi: no!
26.09.2010 o godz. 16:45

35.

- To jak, powiesz nam coś o sobie? – zapytał Carlisle, nie odrywając wzroku od jezdni.
Jerico naburmuszona założyła ręce na piersi, ponad materiałem pasów opinających jej płaski brzuch.
- Wątpię, żebyście przeoczyli moje wybuchy entuzjazmu – Jaspera nawiedził obraz zburzonej ściany w salonie, oraz eksplodującego okna i dobór jej słownictwa wydał mu się wyjątkowo nietrafny. – Tak więc przestańcie udawać, że nie wiecie, kim jestem i wytłumaczcie mi, o co chodzi w tej głupiej maskaradzie.
- Nie udajemy – odparł stanowczo Carlisle. – Wiemy tylko tyle, co udało nam się zaobserwować, nic ponad to. Z tego tytułu nie mamy pojęcia, czy w swoich uzdolnieniach jesteś indywidualnym przypadkiem, czy też należysz do jakiegoś nieznanego nam gatunku.
Zerknął na nią w lusterku wstecznym i Alice przeszedł dreszcz na samą myśl, że osobników o destrukcyjnych skłonnościach Jerico może być więcej.
Czekali na jej opryskliwą reakcję, ale ta odwróciła wzrok. Tm bardziej zdziwił ich cichy ton, jakim wypowiedziała kolejne zdanie:
- Nie ma nas więcej. Już nie – dodała po chwili brzęczącej ciszy, przerywanej tylko szumem silnika.
- Jak to „już nie”? – z właściwym sobie wdziękiem zapytał Emmet.
Jerico potrząsnęła głową i dotarło do nich, że niczego więcej od niej w tej chwili nie wyciągną.
- Tak to – wzruszyła ramionami. Kiedy wjechali na boczną drogę prowadzącą do ich posesji, natychmiast zmieniła temat – długo będę u was siedzieć?
Carlisle zmienił bieg i skręcił na podjazd.
- Tak długo, jak to będzie konieczne – odpowiedział.
Zgrabnym łukiem podjechał pod główne wejście domu i wyłączył silnik.
- No, to na tyle naszej przejażdżki.
Jasper pierwszy wysiadł z samochodu i otworzył drzwi po stronie Jerico.
- Zapraszam – powiedział przesadnie usłużnym głosem.
Jerico spojrzała na niego ze wściekłością ze swojego siedzenia i gwałtownym ruchem odpięła pasy. Podniosła się niezgrabnie i niechętnym wzrokiem spojrzała na budynek stojący przed nią. Deszcz przestał padać i teraz mury domu spowijała poranna mgła, odbierająca mu ostatnie przyjazne cechy.
- Chodź – powiedziała wesoło Alice, wyciągając do niej rękę. Jerico zawahała się, ale w końcu podała jej dłoń. Alice bardziej pociągnęła ją niż poprowadziła do wejścia, ale i tak uznali za sukces, że dała się poprowadzić bez zniszczenia kolejnej ściany.
Wewnątrz otuliło ich ciepło bijące od podłogi. W zwykłych okolicznościach nie ogrzewali domu, ale ze względu na Renesmee i jej ciepłokrwistość, w tym roku przyjęli rachunek od administracji.
Jerico zadrżała, kiedy różnica temperatur uderzyła w jej ciało, przywracając krążenie do schłodzonych komórek. Alice czuła jej tętno, ale nie czuła przy tym pragnienia zatopienia zębów w jej tętnicy – tym bardziej ją to zdumiało, że pachniała bardzo przyjemnie – jednak jej woń porównałaby do zapachu świeżych perfum niż obiadu. Zauważyła, że rozgląda się z przestrachem po wnętrzu domu i skonstatowała, że tutejszy przepych musi stanowić znaczną odmianę w stosunku do zakurzonego strychu, na jakim mieszkała wcześniej.
- Pokażcie Jerico jej pokój – powiedział Carlisle w drodze do swojego gabinetu. – Ja mam dyżur na wydziale, będę wieczorem.
- Nie potrzebujesz czegoś? – zapytał Jasper patrząc, jak Jerico stoi bezradnie na środku korytarza i spogląda z niepokojem to na niego, to na Alice.
- Tak – zaskoczyła go twierdzącą odpowiedzią. Zbladła nieco i dodała usprawiedliwiającym tonem – jestem głodna.
Jasper i Alice wymienili przerażone spojrzenia.

Wiedział, że coś przeoczył. Ich lodówka była pusta!

Naturalnie, nie licząc kilku pojemników ze schłodzoną krwią i kto wiedział, czy Aleksyn nie wpakował do niej kolejnego kociego truchła.
W drzwiach prowadzących do salonu pojawiła się Bella, najwyraźniej wyczekująca powrotu męża.
- Co jest? – obrzuciła ich skonfundowane twarze zdziwionym spojrzeniem. Potem jej wzrok spoczął na Jerico i zmusiła się do uśmiechu – widzę, że wróciliście cali i zdrowi.
- Bello – spojrzał porozumiewawczo na swoją siostrę. – Zaprowadź Jerico do sypialni na piętrze, ja z Alice musimy wyskoczyć na chwilę do miasta.

- Nie mogę uwierzyć, że zapomnieliśmy o tak oczywistej rzeczy!
Pędzili właśnie ulicą stanową do pierwszego lepszego marketu, jaki mieli napotkać na swojej drodze.
- Spokojnie – odparła Alice kojącym tonem. – Nie mieliśmy pojęcia, czy w ogóle żywi się ludzkim jedzeniem, skąd mogliśmy przypuszczać, że… stój! – krzyknęła nagle. – Sklep na horyzoncie!
Skręcił gwałtownie kierownicą i nacisnął pedał hamulca. Auto zatrzymało się z piskiem opon pod budynkiem, który okazał się należeć do sieci Stock Market.
- Orientujesz się, co powinnyśmy kupić? – zagaił zamykając za sobą drzwi samochodu.
Wydęła wargi.
- Nie mam pojęcia – przyznała w końcu. – Od co najmniej stu lat nie byłam na zakupach w warzywniaku ale myślę, że na miejscu powinniśmy znaleźć coś jadalnego.
Szklane drzwi rozchyliły się przed nimi ze świstem starej gumy i stanęli niepewnie wewnątrz.
W pierwszej chwili Jasper zrobił ruch, jakby chciał się cofnąć i wrócić do domu, ale Alice go przytrzymała. Potem i ona spojrzała na rozciągający się przed nimi widok i zaczęła się zastanawiać, czy ucieczka nie byłaby dobrym pomysłem.
Stali na szczycie długiej alejki, na której brzegach piętrzyły się zwaliste kolumny półek uginających się pod naporem dziesiątek kilogramów kolorowych towarów. Różnorodność barw i ostrość jarzeniówek pod wysokim sufitem sprawiła, że zabolały ją oczy.
Na przekór własnym obawom powiedziała wesoło:
- Bułka z masłem! – chwyciła za pierwszy z brzegu wózek i podążyła w kierunku działu ze słodyczami.
Ludzie obecni w markecie zaczęli się na nich oglądać, kiedy stali nieruchomo przed wyjściem – dwójka nadludzko pięknych postaci, która zachowywała się, jakby pierwszy raz znalazła się w podobnym miejscu. Pociągnęła więc za sobą Jaspera i przyspieszyła nieco kroku.
- Ja prowadzę, a ty ładuj.
Ten właśnie zatrzymał się przy półce z batonikami. Wziął niepewnie do ręki opakowanie snickersa i przyglądał mu się ze skupieniem.
- Jak myślisz, dziewczynom smakują takie rzeczy?
Nie mogła powstrzymać uśmiechu na widok jego zaaferowanej miny.
- Oczywiście – odparła. – Ludzie lubią słodycze, nawet Renesmee od czasu do czasu ma do nich słabość.
- To ma sens – powiedział i zgarnął do wózka wszystkiego po trochu. – A jakby za tym nie przepadała, to będzie miała do wyboru inne te… wafelki.
- Co kolejne?
Zmarszczył brwi, jakby sobie coś przypominając i zaraz je podniósł.
- Salami! – zawołał z triumfem. Rozejrzał się niepewnie po lodówce z jogurtami, obok której właśnie przechodzili i stwierdził niepewnie – tu chyba tego nie ma, co?
- Pewnie w dziale mięsnym – powiedziała i dodała z powagą – salami to gatunek wędliny.
Przyglądała się z rozczuleniem, jak ostrożnie wybiera sprawiające najlepsze wrażenie produkty i jakaś myśl wypłynęła na wierzch jej podświadomości.
- Jazz – powiedziała nagle, zwracając na siebie jego uwagę. Spojrzał na nią wyczekująco, z paczką emmentalera w ręce – cieszę się, że tak to się potoczyło.
- Słucham? – otworzył szeroko oczy.
Ich niewinny wyraz sprawił, że poczuła się w obowiązku wytłumaczyć:
- Między nami – powiedziała szybko. – Początkowo nie mogłam zrozumieć, dlaczego tak postąpiłeś, dlaczego… wiesz co. Teraz z perspektywy czasu, kiedy poznałam Jeremy’ego i wszystko ułożyło się tak, jak teraz, niczego nie żałuję: uratowałam cię, to była moja rola. Teraz nie chcę niczego ponad to, żebyś był szczęśliwy. Wiedz o tym.
Uśmiechnął się.
- Dziękuję, Alice – objął ją delikatnie, wciąż z kawałkiem sera w dłoni.
Roześmiała się, rozładowując patetyczną atmosferę jaka się między nimi wytworzyła.
- To gdzie teraz? – zapytała, uspakajając drżenie w głosie. – Do salami?
- Do salami – przytaknął z uśmiechem.

Jak się potem okazało, w drodze do działu mięsnego mieli już pełen wózek z zakupami, tak więc cofnęli się po kolejny i wkrótce ten także uzupełnili po brzegi. Po godzinie biegania między regałami i przebierania w artykułach spożywczych Alice postanowiła ułatwić sobie zadanie i po prostu ładowała do kosza wszystko, co sprawiało jadalne wrażenie. Jasper natomiast potrzebował czasu, żeby ocenić jakość produktu, jego przydatność do spożycia oraz bezpieczeństwo w użytkowaniu, zanim zdecydował się cokolwiek zakupić. W pewnym momencie przyłapała go na oglądaniu damskiej bielizny i najpewniej zarumieniłby się po cebulki włosów zauważając jej spojrzenie, gdyby jego ciało nie było pozbawione krwi.
Doprawdy, ostatnimi czasy zachowywał się jak targany hormonami nastolatek.
Kiedy dotarli do kasy, zbliżało się południe. Kasjerka musiała kilkakrotnie przeliczać zakupy, bo najwyraźniej obecność Jaspera nad taśmą działała na nią rozpraszająco.
- Życzę miłego dnia – zwróciła się do niego uprzejmie, kiedy jego siostra odbierała kartę.
- I nawzajem – przypomniała o sobie Alice uszczypliwym tonem, kiedy wychodzili.
Jasper nie zwrócił na to najmniejszej uwagi.
- Jaki mamy czas? – zapytał już w aucie.
Postukała w wyświetlacz na desce rozdzielczej.
- Za pięć wpół do pierwszej – poinformowała uprzejmie.
Zaklął cicho pod nosem i ruszył zrywem, jakby zamiast jedzenia wieźli w bagażniku ludzkie zwłoki.

Na miejscu Jerico nie mogła ukryć zaskoczenia, kiedy wysypali na stół połowę zawartości przeciętnego supermarketu.
- Spodziewacie się, że pożrę to wszystko? – zapytała wprost. Sięgnęła ręką do stosu słodyczy i wyciągnęła z niego czekoladę z bakaliami. Odwinęła sreberko i bezceremonialnie odgryzła spory kawałek – no, to macie rację – wymamrotała z pełnymi ustami.
W tym momencie z właściwym sobie splendorem do kuchni wkroczyła Rosalie. Była wściekła. Jasper jej nie zauważył, z rozanielonym wzrokiem wgapionym w Jerico, szczerzącej czarne od czekolady zęby.
- Obawiam się, że tego jedzenia będzie brakowało – powiedziała z przekąsem Rose.
- Dlaczego? – Alice zaczęła się obawiać, że podczas ich nieobecności ich nowa współlokatorka wyznała, że ma apetyt przeciętnej wagi smoka, łącznie z jedzeniem dwunastu owiec na śniadanie.
Wtem z piętra doszły ich rozhisteryzowane krzyki Renesmee i drugi głos, który próbował ją uspokoić.
Kolejne zdanie zdawało się być zbędne:
- Przyjechał Jacob.
Twilight-Set-twilight-series-950943_640_480.jpg
carrefour_duze.jpg
jacob_black___digital_drawing_by_tomsgg-d2xhfjz.jpg
Tagi: he is back
25.09.2010 o godz. 21:59

34.

Dziewczyna stała w wejściu jak zamurowana. Alice zauważyła, że szczęka zębami z zimna i zaciska nerwowo ręce. W końcu przebiegła wzrokiem od Carlisle do Czarującego Mike i wykrztusiła:
- Jak mogłeś? Co oni…
- Tu robią? – dokończył za nią Mike, rozgniatając papierosa na blacie komody i wzruszając lekceważąco ramionami. – A bo ja wiem? Najwyraźniej wiedzą, jak ci pomóc. Ja tylko otwieram drzwi. – Zwrócił się do Carlisle – pośpieszcie się, portal nie będzie wiecznie otwarty.
Ten skinął mu potakująco głową i spojrzał Jerico w oczy, w tej chwili cofającej się ostrożnie w kierunku wyjścia.
- Do rzeczy – przytaknął. – Długo zastanawialiśmy się, jakie kroki podjąć względem ciebie… przyznam, że propozycje były bardzo zróżnicowane… - Emmet stojący pod ścianą uśmiechnął się z zawstydzeniem – ale ostatecznie zdecydowaliśmy, że najlepszym sposobem wyjaśnienia stosunków między nami będzie zaofiarowanie ci naszego dachu nad głową.
Dotarła do drzwi i zatrzymała się plecami na Emmecie, który przezornie znalazł się za nią. Podskoczyła jak oparzona, ale zaraz jej twarz nabrała zaciętego wyrazu.
- Niby po co? – skrzyżowała ręce na piersi. Najwyraźniej porzuciła z góry skazany na porażkę pomysł ucieczki uznając, że najlepszą obroną będzie atak – jakiemu szczytnemu celowi ma to służyć?
Edward westchnął.
- Wiesz o nas – skwitował. – Nasze prawo zabrania nam pozostawiać przy życiu śmiertelników, którzy znają nasz sekret. Jeśli my ci nie pomożemy, szybko znajdzie się ktoś, kto nas w tym wyręczy.
Prychnęła.
- Pomóc? Ciekawa jestem, w czym pomóc? – jej wyraziste spojrzenie wyostrzyło się, a głos nabrał zdesperowanych tonów. – W wyssaniu ze mnie nieco krwi, a potem grzecznym odstawieniu Volturi?
Carlisle wymienił szybkie spojrzenia z Edwardem.
- My nie jesteśmy w dobrych stosunkach z Volturi – powiedział powoli.
- Słucham?
- Nie pijemy ludzkiej krwi – dodała cierpliwie Alice – i nie polujemy na ludzi, stąd nasz konflikt.
Jerico sprawiała wrażenie jeszcze bardziej zdezorientowanej niż wcześniej, jeśli w jej przypadku było to w ogóle możliwe.
- Ale… Ale jak to? - spojrzała na nich z niedowierzaniem. – W końcu musicie się czymś żywić, prawda? Waszego głodu nie da się zaspokoić dożylnie, nie w wypadku czystej krwi wampirów. Co za bzdura!
- Spójrz na nasze oczy – powiedziała Alice, wskazując palcem na swoją lewą tęczówkę. – To nie soczewki. Są bursztynowe, nie czerwone, jak w przypadku dzikich wampirów, z tego powodu, że...
- Chwileczkę – wtrącił się nagle Edward, dotychczas zatopiony we własnych myślach. – Dlaczego mielibyśmy odesłać cię do Voltery?
Tak jak dotychczas się rozluźniła, na nowo się spięła.
- Nie twoja sprawa – warknęła.
- W takim razie postanowione – Carlisle podniósł się z miejsca. Podchwyciwszy zdziwiony wzrok Jerico, dodał – obawiam się, że to jest nasza sprawa, przynajmniej od momentu, kiedy eksplodowała ściana w moim salonie.
Otworzyła usta, ale zaraz je zamknęła.
- Mike, wyprowadź nas stąd – powiedział Carlisle. Na te słowa właściciel mieszkania odsunął delikatnie Emmeta i chwycił klamkę drzwi wyjściowych. Skrzypnęły nienaoliwione zawiasy – Zbierajmy się.
- Nie możecie tak po prostu mnie uprowadzić! – krzyknęła w końcu. – To przestępstwo! Prawo, policja…
Carlisle uśmiechnął się w odpowiedzi.
- Wszystko jest już uzgodnione – dotknął jej łokcia i delikatnie wyprowadził za drzwi. – Twoja opiekunka należy do ugodowych osób.
Jerico spojrzała przez wnękę drzwi i ze zdumieniem rozpoznała stojące na korytarzu pasiaste fotele, jakby żywcem przeniesione ze staroświeckiego salonu pani Marsh. Całe pomieszczenie zdawało się większe, niż je zapamiętała: kwadratowa przestrzeń rozciągała się na kilka metrów i były na niej poupychane stare meble, co dziwne w takiej samej kombinacji, jak to miało miejsce w jej przybranym domu. Wyglądało to tak, jakby ktoś w niecały kwadrans przeniósł wyposażenie pokoju gościnnego przy Jason Street na czwarte piętro ceglanej kamienicy i ułożył je w takiej samej kolejności. Był tam nawet wypchany jastrząb na komodzie i obrazki ze świętą rodziną na ścianach, które tak kłóciły się ze swarliwą naturą ich właścicielki. Zauważyła również okno: duże i przykryte pożółkłą firanką, niepokojąco przywodziło jej na myśl to, które miała w swojej sypialni. Widok, jaki się za nim rozciągał sprawił, że zaniemówiła: widniała za nim ta sama ulica, jaką codziennie oglądała wyglądając przez szybę we własnym pokoju.
Nikt nie ukradł mebli z jej domu – znajdowała się w nim.
Odwróciła się w samą porę, żeby zobaczyć, jak Czarujący Mike zamyka za nimi drzwi, samemu pozostając po drugiej stronie. Mignęła jej jeszcze jego kolorowa koszula i żyrandol z kutego złota, jaki wisiał w jego mieszkaniu, po czym drzwi zamknęły się z cichym trzaskiem.

- Jesteście wreszcie! – zaświergotał czyjś wysoki głos.
Alice odwróciła się na pięcie i dostrzegła panią Marsh wyciągającą ku nim tłuste ramiona. Miała na sobie halkę z najprawdopodobniej sztucznego jedwabiu i pomarańczowe poncho, które musiała nałożyć krótko po usłyszeniu dzwonka obwieszczającego gości.
- Pojawiła się w końcu? – zapytała pani Marsh, wypatrując między nimi swojej podopiecznej. – Twój syn, Carlisle, dotrzymał mi miłego towarzystwa przez czas waszej nieobecności i dzięki Bogu, świetnie nam się rozmawiało!
Zachichotała i zwróciła maślane oczy w stronę Jaspera, który siedział ze zbolałą miną na brudnozielonej kanapie.
Alice zauważyła, że Jerico usiłuje schować się za szerokimi plecami Emmeta, kiedy zwróciła się w jej stronę nalana twarz opiekunki.
- Tu jesteś! – nie zwracając na nich uwagi, pani Marsh podniosła rękę i uderzyła ją na odlew w twarz. Głowa Jerico odskoczyła, kiedy cios dużej dłoni stłukł jej kość policzkową – nigdy więcej nie waż się nie wrócić na noc!
Na dźwięk donośnego klaśnięcia Jasper poderwał się z miejsca.
- Doktor Cullen na ciebie czekał!
Włosy opadły jej na twarz, kiedy opuściła głowę.
- Przepraszam – powiedziała cicho.
Oczy Jaspera zogromniały, a twarz pobielała. Alice oderwała wzrok od niego i rozejrzała się po reszcie obecnych; podobnie jak ona, byli zszokowani: Carlisle zacisnął zęby, a Emmet po prostu wybałuszył oczy.
- Napijecie się herbaty? – zapytała jak gdyby nic pani Marsh. Huknęła w stronę skulonej Jerico – Na co czekasz?
Poderwała się, żeby pognać do kuchni, ale sytuację uratował Carlisle, który z niepokojem zerkał na Jaspera, zdradzającego pierwsze objawy podenerwowania.
- Niech się pani nie fatyguje – wyczarował na swoich ustach uprzejmy uśmiech, na widok którego pani Marsh natychmiast mu przytaknęła. – Śpieszę się do przychodni i mam niewiele czasu. Niech mała szybko skoczy do swojego pokoju po niezbędne rzeczy i wyjeżdżamy.
Alice nie czekała na jego znak i sama podążyła za Jerico schodami, kiedy ta skierowała się na schody.
- To twój pokój? – zapytała z ciekawością, kiedy znaleźli się przed różowymi drzwiami na piętrze.
Jerico pokręciła tylko przecząco głową, wciąż ze wzrokiem wbitym w podłogę. Alice zrozumiała, że czuje wstyd przed tym, co się przed chwilą wydarzyło i podświadomie zaczęła jej współczuć.
- To letnia sypialnia pani Marsh – wymamrotała i weszła na kolejną kondygnację schodów, tym razem bardziej stromych. Po krótkiej chwili niebezpiecznej wspinaczki stanęły w końcu na drewnianej podłodze i Jerico rozłożyła zapraszającym gestem ręce.
Znajdowały się na zakurzonym strychu, w którym stało żelazna prycza i szafa pozbawiona drzwi. Alice rozejrzała się po pomieszczeniu, w poszukiwaniu przejścia do przytulnej sypialni, ale nic takiego nie znalazła.
Potem dostrzegła rumieniec na twarzy Jerico i zrozumiała.
- To jest twój pokój? – upewniła się.
Ta kiwnęła tylko twierdząco głową i podeszła do łóżka. Pochyliła się nad nim i wyciągnęła spod niego niedużą torbę.
- To wszystko – założyła pasek torby na ramię i spojrzała na nią wrogo – idziemy, czy nadal będziesz podziwiać mój hotel Hilton?
- Nie wygląda mi to na pokój w pięciogwiazdkowym hotelu – zaooponowała Alice. – Pani Marsh ma do swojej dyspozycji dwie sypialnie a ty tłuczesz się na tym… na tym…
Jerico przewróciła oczami.
- Żartowałam – powiedziała z politowaniem i postawiła odzianą w trampek stopę na pierwszym schodku.

Na dole było pusto, najwyraźniej wszyscy wycofali się na neutralny teren, jakim był podjazd przed domem. Kiedy wyszły na zewnątrz, Jasper natychmiast przejął torbę z rąk Jerico.
- To wszystko? – zapytał, krytycznym wzrokiem oceniając niepozorny pakunek.
Jerico w odpowiedzi wzruszyła ramionami.
- Tak, tak – mówił Carlisle, wsiadając do auta i zamykając za sobą drzwi, odgradzając się tym przed napierającą na niego rudowłosą kobietą – oczywiście, ma pani u mnie darmową wizytę w sprawie pękających naczynek. Zawsze służę radą. Wsiadajcie – syknął na nich.
Edward otworzył im tylne drzwi, sam siadając przy miejscu kierowcy na przedzie. Emmet z siostrą zajęli miejsca na samym tyle vana, więc Alice miała doskonały widok na Jerico, obok której usiadł nie kto inny, jak Jasper.
Nie mogła przeoczyć, że tak jak wcześniej zabiegał o zabranie jej z domu pani Marsh, tak teraz zachowywał wobec niej znaczący dystans. Odsunął się od niej na drugi koniec siedzenia i jego zainteresowanie zdradzały tylko pojedyncze zerknięcia na jej profil.
- Do widzenia, doktorze!
Carlisle ruszył, może nieco zbyt gwałtownie, bo pęd auta wcisnął ich w fotele.
- Zapnij pasy – poprosił Jasper, łaskawie zatrzymując się na niej spojrzeniem.
Zlekceważyła go i jak gdyby nigdy nic, wyciągnęła z kieszeni papierosa i wsadziła go sobie do ust.
Alice patrzyła, jak pstryka zapalniczką i przykłada ją do końca bibułki. Jasper potraktował to jako przyzwolenie: przechylił się przez siedzenie i chwycił za sprzączkę jej pasa. Alice widziała zza zagłówka, jak jego oczy zatrzymują się na twarzy Jerico – to była całkiem magiczna chwila, taka nieruchomość obu ciał w pędzącym samochodzie i Alice odwróciła się do Emmeta, żeby upewnić się, że widzi to samo co ona, ale on wgapiał się z zainteresowaniem w drzewa za oknem.
I już wydawało się, że do czegoś dojdzie, kiedy Jerico chuchnęła mu w nos dymem tytoniowym.
Alice westchnęła z rozczarowaniem.
Jasper zacisnął usta w wyrazie uprzejmego grymasu i delikatnie wyjął papierosa z jej ust.
- W naszym samochodzie się nie pali – powiedział uprzejmie i wyrzucił peta za okno.

Alice dostrzegła w lusterku wstecznym jej morderczy wyraz twarzy i pomyślała, że szykuje się niezła szkoła przetrwania.
Twilight-twilight-series-796777_1024_768.jpg
lorna-scott.jpeg
23.09.2010 o godz. 22:35

33.

Cudem zdołała zbiec z posiadłości Cullenów, tak, by nie zostawić po sobie żadnych śladów. Kiedy udało jej się bezkolizyjnie ześlizgnąć po powietrzu na ziemię, przyległa do muru budynku, tuż pod krótkim parapetem okien pierwszego piętra czekając, aż głosy na górze ucichną. Gdy tupot stóp przeniósł się w okolice schodów, oderwała się od budynku i zagłębiła w czarnej ścianie lasu. Upewniwszy się, że nie jest obserwowana, przedarła się do głównej ulicy i skierowała się w stronę miasta, chwiejąc się ze zmęczenia i stresu przeżytych emocji.
Nie mogła uwierzyć we własną głupotę.
Powinna się była tego domyślić w chwili, kiedy usiadła z nim w ławce, pierwszego dnia jej szkoły. Był zbyt idealny, żeby mógł należeć do ludzkiego gatunku.
Jerico przygryzła wierzch dłoni, tłumiąc łkanie.
Był wampirem. A już wydawało jej się, że… wtedy, gdy zaczął świecić…
Gdyby któryś Cullenów trafił w ręce jej oddziału dobry rok wcześniej, dziś byłby martwy. To było ich zadaniem: chronienie ludzi i mordowanie każdego, kto zagrażał bezpieczeństwu ludzkim jednostkom, zgodnie ze starym prawem derendo vita.
Miała dość Jaspera, tego, jak ingerował w jej życie i próbował nią kierować. Przyznawała jednak sama przed sobą, że w jakiś sposób schlebiała jej jego opiekuńczość i nie wykluczała, że kiedyś, w dalekiej przyszłości, mogłaby mu za to podziękować.
Teraz, gdy okazało się, że jedynym powodem, dla którego się nią interesował była służba Volturi, nie czuła niczego więcej, niż…
Właśnie, czego?
…zmęczenia. Wędrówka w gęstym poszyciu leśnym i przedzieraniu się po wilgotnych liściach między krzewami, a potem długi marsz po asfalcie ulicy, w połączeniu z przeżyciami minionych godzin dały o sobie znać. Kiedy dotarła do miasta, słaniała się na nogach ze zmęczenia.
Świtało, kiedy dotarła do rynku. Centrum Allegan powitało ją deszczem i pustymi ulicami, na po których przemknął od czasu do czasu ranny autobus. Ignorując strugi wody wlewające się jej za kołnierz bluzy i ściekające zimnymi ścieżkami po plecach, Jerico dotarła do budki telefonicznej i wykręciła pierwszy numer, jaki wydawał się jej w miarę bezpieczny.
Była pewna, że tamci dotarli do domu pani Marsh, czekając na jej powrót. Choć nie spodziewała się, że będą tak nieprzezorni, żeby uwierzyć w jej bezwarunkowy powrót do miejsca zamieszkania to przypuszczała, że któryś z nich będzie kręcił się w pobliżu. Dla pewności.
Drżącą z zimna ręką wygrzebała z kieszeni dżinsów kilka drobniaków i wsunęła je do aparatu.
- Odbierz – ponaglała go w myślach, wpatrując się bezmyślnie w ściany budki, w które uderzały pojedyncze krople deszczu. Chodnika po drugiej stronie ulicy niemal nie było widać, przez pionową ścianę wody.
Chwila ciszy i jeden sygnał. Drugi, potem trzeci.
Poczuła, że ogarnia ją irracjonalna wściekłość. Najpierw okłamał ją wmawiając jej, że Allegan jest wolne od krwiopijców, a teraz ignorował jej telefony. Oczywiście, zdawała sobie sprawę, że mogło istnieć tysiące powodów, dla których nie odbierał: mógł nie wziąć komórki do pracy, bądź najzwyczajniej w świecie spać. Bądź co bądź, dochodziła szósta rano. W tej chwili jednak nie czuła niczego, poza głodem i mokrym ubraniem, który zaczęło przylegać do jej wyziębionego ciała.
Łzy bezradności zebrały się w kącikach jej oczu.
- Odbierz, do cholery! – walnęła pięścią w obudowę telefonu, rozcierając sobie naskórek do krwi. Teraz do ssania w żołądku doszedł ból ręki. – Cholera jasna!
Abonament tymczasowo niedostępny, poinformował ją uprzejmie bezosobowy głos w telefonie.
Z trzaskiem odwiesiła słuchawkę na widełki, tłumiąc cisnące się jej na usta przekleństwa, w których słowo „cholera” należało do łagodniejszych.
Była sama, głodna i zmarznięta w zapadniętej dzielnicy niemal obcego jej miasta, z nieprzydatnym scyzorykiem i kilkoma centami w kieszeni, jako jedynym wyposażeniem. Nie miała dokąd iść, bowiem nie znała w Allegan nikogo, kto bez pytań przyjąłby pod swoim dachem nastoletniego włóczęgę w oblepionych błotem trampkach.
Chwileczkę… na pewno nie znalazłby się w tym mieście człowieka, który byłby tak szalony, że jej przygody wydawałyby mu się co najmniej protekcjonalne?
Naraz tknęło ją pewne przeczucie i serce zabiło jej mocniej z emocji. Pochyliła się nad szklaną ścianą budki i starła wierzchem dłoni warstwę pary, która osiadła się na niej pod wpływem jej gorącego oddechu.
Kształty budynków wydawały się jej znajome. Ta sama odrapana klatka… ten sam żelazny kosz na śmieci…
Ostrożnie wyszła z budki telefonicznej i podniosła głowę z niedowierzaniem. Nieświadome dotarcie tu graniczyło z cudem, a jednak jakimś przedziwnym trafem udało jej się tam dotrzeć.
Stała naprzeciwko kamienicy Czarującego Mike’a.

Ignorując ostrzegawcze lampki w jej głowie, po prostu przekroczyła ulicę i stanęła przed ciemnozielonymi drzwiami. Nie chciała zastanawiać się nad poszczególnymi aspektami tego kroku – jedyne, czego w tej chwili pragnęła, to znaleźć się w suchym pomieszczeniu i zjeść coś gorącego. Mike nie wyglądał na zabiedzonego – jeśli wytłumaczyłaby mu swoją sytuację, może otworzyłby dla niej swoją lodówkę.
Strzepując wodę z włosów, podniosła rękę, żeby zastukać kołatką, ale wrota same się przed nią rozchyliły w zapraszającym geście. Wzruszyła ramionami i przekroczyła próg. W tempie, o jakie by siebie nie podejrzewała, pokonała schody i znalazła się na czwartym piętrze. W nozdrza uderzył ją mdlący zapach mysich odchodów i próchniejącego drewna.
Postukała knykciami po drewnie ozdobnych drzwi.
Czekając na odzew, rozejrzała się znużonym wzrokiem po korytarzu. Nic się w nim nie zmieniło; boazeria nadal była porysowana i zakurzona, a na suficie rozkwitały ciemnorude plamy zacieków. Tylko wycieraczka pod jej stopami była mokra, jakby kilka par zabłoconych butów wchodziło przed nią do mieszkania.
Zanim zdążyła wyciągnąć z tego wnioski, drzwi na prawo od niej rozchyliły się i stanął w nich Czarujący Mike.
Tym razem nie miał na sobie puchatego szlafroka, tylko spodnie w szkocką kratę i koszulę w krzykliwy wzorek, najwyraźniej szykowną w jego zamierzeniu.
- Właź – powiedział, obrzucając ją taksującym spojrzeniem.
Usiłując ukryć zaskoczenie, oderwała spojrzenie od zamkniętych drzwi przed jej nosem i postąpiła kilka kroków w jego stronę.
- Potrzebuję pomocy, Mike.
Kiedy wkroczyła do mieszkania, ten jak gdyby nic zamknął za nią drzwi i powiedział, przypalając papierosa:
- Ktoś na ciebie czeka – nie czekając na jej odpowiedź, skierował się w stronę czegoś, co wyglądało na salon.
Uśmiech niedowierzania rozjaśnił jej twarz, ale zaraz zgasł na wspomnienie kłamstw.
- Tony? – zapytała. – Tony tu jest? – dreptała za nim, z oczami wlepionymi w jego szczupłe plecy, kiedy szli przez korytarz – próbowałam się do niego dodzwonić, ale…
W tym momencie dotarli do salonu i znieruchomiała, sparaliżowana strachem. Wiodła oczami od Mike, w tej chwili leniwie zaciągającego się papierosem i osobami, które rozsiadły się na obitych dekoracyjnymi poduszkami krzesłach, nie mogąc dostrzec związku między widokiem tych dwóch skrajnych środowisk w jednym pomieszczeniu.
- Będzie dla nas zaszczytem gościć cię w naszym domu – powiedział Carlisle Cullen, uśmiechając się ostrożnie.
New-Moon-carlisle-cullen-hairstyle.jpg
Tagi: do not!
21.09.2010 o godz. 18:51

32

- Gdzie ja jestem? Gdzie ja jestem?
Otworzyła szeroko oczy, ale w jej wzroku nie było przytomności: wyglądało to tak, jakby nie znajdowała się w rzęsiście oświetlonym salonie i zamiast jasnej ściany i grupki osób widziała tylko ciemność: wszechogarniającą, przerażającą czerń, jakby obraz tego, gdzie się znajdowała przez ostatnie pół godziny, wypalił jej trwały ślad pod powiekami.
Jasper natychmiast do niej przyskoczył, usiłując uspokoić jej roztańczone ręce.
- Już dobrze… już dobrze.
Dziewczyna powiodła oczami po pomieszczeniu i Renesmee zaskoczyła wyrazistość jej spojrzenia – nie wiedzieć czemu, spodziewała się, że jej tęczówki będą czarne, nie o tak niesamowitej, że nienaturalnej barwie.
Zauważyła, że wszyscy obecni (poza Jasperem, który wciąż ją uspokajał, co niemile ubodło Renesmee), odsunęli się od stołu, jakby znajdował się na nim przedstawiciel wyjątkowo paskudnej odmiany trądu.
- Jerico… - to Jasper nie ustawał w przywracaniu jej do rzeczywistości. W jego głosie pojawiły się miękkie nuty, na co Renesmee poczuła znajome ukłucie w piersi – straciłaś przytomność, przyprowadziłem cię do mojego domu… mój ojciec jest lekarzem, zaopiekuje się tobą…
Dziewczyna zwróciła głowę w jego stronę i w jej oczach zaczęło krystalizować się zrozumienie. Spojrzała ze zdziwieniem na jego ręce na swoich ramionach i odepchnęła go od siebie gwałtownym gestem.
- Nie dotykaj mnie! – warknęła.
Emmet natychmiast postąpił krok w jej stronę, jakby wyczuwając ostrzegawczy ton jej głosu. Jasper spojrzał na niego spode łba, jakby chciał powiedzieć „tylko spróbuj”.
- Emm – uciął ostro Edward zarzewie sprzeczki, która niechybnie się zbliżała.
Głowa nowej natychmiast zwróciła się w jego stronę. Na jej twarzy powoli formowało się niedowierzanie, by po chwili ustąpić lękowi.
- Ty! – krzyknęła odsuwając się do krawędzi stołu, na którym teraz siedziała. Najwyraźniej nie zdawała sobie sprawy z faktu, że znajduje się dobry metr nad ziemią, bo spadłaby z blatu, gdyby Jasper jej nie przytrzymał. Wyciągnęła przed siebie palec wskazujący i wycelowała go w Edwarda – ty!
Jej ojciec zacisnął usta i Renesmee zrozumiała związek miedzy raną na jego głowie, a dziewczyną o dziwacznym imieniu na obiadowym stole w salonie ich rodziny.
Więc o to chodziło? Powodem dziwnego zachowania klanu Cullenów przez ostatnie tygodnie była ta chuda istota w workowatych dżinsach?
Poczuła rozczarowanie.
- Wiesz kim on jest? – nazwana Jerico zwróciła się do Jaspera. – Wiesz, kogo gościcie pod swoim dachem?
- Chciałem ci powiedzieć – zaczął Jasper. – Wtedy, kiedy…
- To potwór! – przerwała mu, ignorując jego usprawiedliwiający ton. – On nie jest człowiekiem!
- Posłuchaj mnie…
- Puść mnie! – odtrąciła go i prześlizgnęła się do krawędzi stołu. Zsunęła nogi i zeskoczyła na podłogę. Najwyraźniej przeceniła swoje siły, bo wyłożyła się jak długa na ziemi, kiedy dolne kończyny odmówiły jej posłuszeństwa. Jasper już pochylał się nad nią, ale zaraz się wyprostował, kiedy wysyczała – to krwiopijca!
Krąg nieco się zacieśnił, kiedy zebrani zbliżyli się do dziewczyny, widocznie zaciekawieni postępującym biegiem wypadków. Nawet Aleksyn odsunął delikatnie Alice i podszedł w stronę stołu, z fascynacją wpatrując się w dziewczynę na podłodze.
Jasper pochylił głowę.
- Chciałem ci powiedzieć – powiedział cicho.
- Co… - dziewczyna zdezorientowana potrząsnęła głową. – Co ty…
Wyczuwając narastające napięcie, głos postanowił zabrać Carlisle:
- Nie mamy złych zamiarów – powiedział łagodnie. – Musimy wyjaśnić sobie kilka spraw, to wszystko.
Nowa spojrzała na niego nieprzytomnie, jakby dopiero uświadomiła sobie jego obecność. Uważnym spojrzeniem zlustrowała jego wysoką postać, od czubków lśniących butów po słuchawki stetoskopowe na karku i przystojną twarz, w której uśmiech odsłonił niepokojące idealne zęby. Potem przeniosła spojrzenie na otaczającą ją grupę – górujących nad nią, nadludzko pięknych postaci, z których żadna nie mrugnęła okiem i wyraz głębokiej, stanowczej pewności odbił się na jej twarzy.
- Wy wszyscy – stwierdziła głucho. – Wszyscy nimi jesteście.

- Tak – odparł tylko Carlisle.
Dziewczyna podparła się na łokciach i odepchnęła stopami od kafelek, niezgrabnie odsuwając się od niego.
- Nie! – przy tym słowie głos się jej załamał, ale przełknęła głośno ślinę i zwyciężyła napad rosnącej w gardle paniki – nie wierzę! Dlaczego Tony…
- Mamy z nim umowę – Alice zaskoczyła wszystkich, odpowiadając. – On wie o nas, a my wiemy o nim. Nie wchodzimy sobie w drogę.
Uśmiechnęła się do niej przyjaźnie, ale ta zignorowała ją, ze wzrokiem utkwionym w Jasperze.
- Siedziałam z tobą w jednej ławce – powiedziała z obrzydzeniem.
Jasper zacisnął wargi i odwrócił wzrok. Renesmee z przerażeniem dostrzegła, że zabolało go to. Miała ochotę podejść do tej dziewczyny i uderzyć ją w twarz. Głupia, on uratował ci życie! Jak możesz go tak traktować?
Potem przeszło jej przez myśl, że to zniechęci do niej Jaspera i pragnienie wyrządzenia jej krzywdy nieco zelżało.
- Dlaczego to robicie? – zapytała dziewczyna. Zbladła, z jej oczy wyolbrzymiły się do rozmiarów talerzyków od herbaty, upodabniając ją do bezbronnego dziecka. – Co zamierzacie zrobić?
Czuję lęk w stosunku do nas, pomyślała Renesmee z satysfakcją. Wie o nas więcej, niż mogliśmy przypuszczać i boi się nas.
- Wiemy, że przedstawiciele naszej rasy wyrządzili ci krzywdę – ostrożnie zaczął Carlisle. – My jednak nie chcemy cię skrzywdzić. Jedyne, czego do czego dążymy, to do wyjaśnienia pewnych spraw.
Po tych słowach zapadła cisza i wszyscy z napięciem utkwili wzrok w dziewczynie. Najwyraźniej ważyła coś w myślach, bo zagryzła nerwowo policzek i zmarszczyła brwi.
- W porządku – powiedziała nieoczekiwanie. Zaskoczyła ich tym stwierdzeniem bardziej, niżby miała zaśpiewać hymn Stanów Zjednoczonych. Rozejrzała się z oczekiwaniem po zgromadzonych – Czy ktoś może pomóc mi wstać?
Jasper się poruszył, ale ubiegł go Aleksyn, który chwilę wcześniej wystąpił przed szereg i już wyciągał rękę. W momencie, kiedy ich palce się zetknęły, Renesmee naszło nieodparte przeczucie, że za chwilę wydarzy się coś złego.
Obserwowali, jak Aleksyn pochyla się nad dziewczyną i delikatnie ujmuje jej dłoń. Dziewczyna uśmiechnęła się do niego z wdzięcznością i kiedy wydawało się, że wszystko zakończy się szczęśliwie, chwyciła go za nadgarstek i poderwała na nogi z siłą, o jaką nikt by jej nie podejrzewał. Błysnął nóż. Aleksyn w mgnieniu oka (nawet tego wampirzego) znalazł się obrócony plecami do niej, z ostrzem noża przyłożonym do tętnicy szyjnej.
Wszyscy jak jeden mąż poderwali się z miejsca, ale zaraz się zatrzymali, skarceni spojrzeniem Jerico.
- Nie radzę – ostrzegła. – Chyba, że chcecie pożegnać się z kolegą.
Aleksyn uśmiechnął się drwiąco, ponad ramieniem wbitym pod jego brodą.
- Myślisz, że załatwisz mnie tanim nożykiem? – zakpił.
Jerico uniosła się na palcach i obrzuciła spojrzeniem swoje narzędzie.
- Faktycznie – przyznała mu rację. Zwolniła lewą rękę, drugą jednocześnie grzebiąc w kieszeni dżinsów i Renesmee zrozumiała, dlaczego były takie wypchane, kiedy w jej dłoni pojawił się jajowaty przedmiot – to powinno ci zamknąć gębę.
Mocniej ścisnęła w dłoni granat i zbliżyła do jego ust.
- Jeden głupi ruch i z twojej wampirzej główki zostanie kolorowe konfetti – powiedziała.
Uśmiech spełzł z ust Aleksyna.
- Chcemy ci pomóc, Jerico – ton Carlisle był na pozór łagodny, jednak odczuwało się w nim tłumione napięcie. – Nie chcemy twojej krzywdy.
Zbliżył się do niej o krok.
- Nie zbliżaj się! – krzyknęła. – Niech nikt się nie zbliża!
Carlisle natychmiast znieruchomiał, powstrzymując spojrzeniem Emmeta, który zacisnął mocno pięści.
Dziewczyna rozejrzała się po salonie i zatrzymała wzrok na panoramicznym oknie za jej plecami, tym, z którego rozciągał się widok na parking kilka pięter niżej. Cofnęła się w tamtą stronę, pociągając za sobą zakładnika.
- To, co w waszym mniemaniu jest dobrodziejstwem, dla mnie oznacza wyrok śmierci – powiedziała, kiedy od szyby dzieliło ją kilka cali. Aleksyn syknął, kiedy wbiła mu łokieć w załom szyi. Zbliżyła usta do jego policzka i wyszeptała łagodnie, niemal czule – już, już, zaraz będzie po wszystkim.
Na powrót zwróciła się do Carlisle.
- Obawiam się, że jest między nami mały konflikt interesów – oparła się plecami o szkło za nią. – Lepiej byłoby dla was, gdybyście nigdy mnie nie spotkali.
Zanim Renesmee zdążyła zorientować się w czym rzecz, Jasper krzyknął:
- Nie!
W tym momencie szyba i kawałek muru za nią eksplodowały, obsypując kafelki kaskadą szklanych odłamków i wapna. Dziewczyna odepchnęła od siebie Aleksyna, który potknął się i wpadł na komodę, a sama postąpiła krok do tyłu, upadając prosto w czerń nocy.
Ktoś wrzasnął; to Esme zakrywała usta ręką.
Wszyscy jak na komendę podbiegli do dziury, w której chwilę wcześniej znajdowała się okienna rama, a Renesmee razem z nimi, nie zwracając uwagi na zdeptanego przez Emmeta Aleksyna.
- Za późno!
Na dole było pusto. Żaden cień nie przeciął szarego asfaltu parkingu, żaden odgłos kroków nie zmącił nocnej ciszy tam, na dole.

45848-2.jpg
Tagi: stay there!
19.09.2010 o godz. 17:58
Wiem, złamałam obietnicę - miałam pisać dopiero 19stego, ale dziś wsadzam zdjęcia głownej bohaterki moich wypocin :). Trochę się napracowałam z fotoszopem w pierwszym wypadku, ale efekt jakiś jest... Chciałam, żeby była to dziewczyna o zawadiackiej, choć nie do końca zwyczajnej urodzie takiej, jaką się dostrzega przy bliższym poznaniu. Blondwłose niebieskookie modelki mnie nie interesują - od tego jest Rosalie :D

Więc jeśli ktoś wchodzi na tą stronę i interesują go choć trochę losy Allegan - niech da znać, co myśli o mojej wersji Jerico =)
jej_portret_63 (2) - Kopia.jpg
kobiety_59.jpg
kobiety_76 - Kopia.jpg
Tagi: :D
15.09.2010 o godz. 20:10
do 19-września nie będą pojawiać się nowe rozdziały - z tego powodu, że piszę na bieżąco, a w ten tydzień zapowiada mi się niezły zapie*dol - wychodzę z założenia, że jak mam pisać byle jak, to lepiej nie pisać wcale. Mam w głowie cały plan dalszych wypadków, ale po prostu chcę to ubrać w ciekawe słowa. Poza tym, brat skasował mi ostatnie 100 STRON mojego pisadła o Kolorach i powinnam w jakiś sposób nadrobić straty, choć będąc szczerą, nie wyobrażam sobie tego... co poza tym, nauka...

Więc, kogo interesuje, niech czeka do przyszłego czwartku, wtedy wracam i piszę, jak Jerico reaguje na wiadomość, że Cullenowie są pijawkami :}

I dziękuję za komentarze, bo nie wyobrażacie sobie, jak to motywuje do pisania :)
Tagi: urlop
09.09.2010 o godz. 21:54

31.

Wejdę tam i go przeproszę za swoje zachowanie, które było niedojrzałe i niegodne mojego wieku, a on sam zasługuje na coś więcej, niż tylko zaloty rozhisteryzowanej małolaty, wyrecytowała w myślach Renesmee, obgryzając nerwowo paznokcie. Była przekonana, że musi zatuszować niemiłe wrażenie ich ostatniej rozmowy, jakkolwiek miałaby się przy tym zbłaźnić.
- Carlisle! – usłyszała z dołu.
Natychmiast rozpoznała ten głos – w końcu co noc wyobrażała sobie, że szepce jej do ucha najmilsze obietnice. Teraz było w nim tyle lęku i desperacji, że od razu zerwała się z miejsca. Wyskoczyła ze swojego pokoju na krańcu korytarza i zatrzymała się gwałtownie u szczytu schodów.
- Pomocy! Szybko!
Stała jak wmurowana na środku przejścia nie mogąca uwierzyć w to, co widzi.
W drzwiach salonu stał Jasper i trzymał na rękach coś, co wyglądało jak naturalnych rozmiarów lalka przedstawiającą Królewnę Śnieżkę, tak rzuciły się w jej oczy czarne włosy i biała skóra. Dopiero po chwili zorientowała się, że to bezwładne ciało jakiejś nastolatki. Wtedy ktoś ją popchnął; to Carlisle zbiegał na dół.
- Co się stało? – zapytał nerwowo, zakładając na szyję słuchawki stetoskopowe i przykładając aparat do jej klatki piersiowej.
Renesmee ostrożnie schodziła na dół, nie odrywając wzroku od Jaspera. Jego zawsze ułożone włosy były w nieładzie, a oczy wydawały się większe niż zazwyczaj i zaczerwienione. Nigdy nie widziała go w takim stanie. ŻADNEGO wampira nie widziała w takim stanie.
- Napadło na nią… kilku ludzi, pod barem – mówił szybko i nieskładnie, bez tak charakterystycznego dla niego opanowania. – Poradziłem sobie z nimi, ale ona tak po prostu… straciła przytomność… zrób coś!
Niemal błagał.
Kolejne trzaśnięcie drzwi i głos Edwarda:
- Co się dzieje?
Carlisle zerwał słuchawki z uszu.
- Na stół – zakomenderował.
Edward pomógł Jasperowi umiejscowić dziewczynę na stole, przedtem strącając z blatu wazon z zasuszonymi kwiatami i resztki niesprzątniętej zastawy. Renesmee zbliżyła się do nich, z zaciekawieniem przyglądając się nieprzytomnej.
Była śliczna. Wyglądała jak porcelanowa figurka odziana w ciuchy z wyprzedaży w supermarkecie.
Czyjeś piskliwe głosy. To Esme, zwabiona odgłosem tłuczenia szkła pojawiła się na dole.
- CO TU SIĘ… - jej wzrok padł na stół i zakryła usta dłonią. – Boże!
- Mam narzędzia! – Alice ślizgiem wpadła na posadzkę i zatrzymała się przed stołem.
- …to ona? – znowu Esme.
Emmet skinął z powagą głową.
- Lepiej się odsuń – usłyszała przy sobie cichy głos i Aleksyn pociągnął ją za rękaw w stronę kredensu. – Stąd dobrze widać.
Carlisle właśnie zaczynał masaż serca, bowiem jako jedyny miał w sobie tyle samokontroli, żeby nie połamać reanimowanemu żeber. Przyłożył ułożone jedna na drugą ręce w połowie mostka i zaczął uciskać. Doliczyła do trzydziestu, kiedy Jasper pochylił się nad dziewczyną i wdmuchnął jej powietrze do ust. Jeszcze raz.
Nie czuła litości.
Czuła zazdrość.
Znowu uciskanie. Drobna klatka piersiowa podskakiwała w rytm uderzeń, a głowa kiwała się bezwładnie, omiatając blat stołu pasmami włosów.
Edward pokiwał smutno głową.
- To koniec – ktoś szepnął.
Carlisle najwyraźniej miał podobne zdanie.
- Tracimy ją! Esme, adrenalina!
Jego żona wyrwała się z odrętwienia i skoczyła do walizki przyniesionej przez Alice. Jednym ruchem otworzyła zapięcie i drżącymi rękoma przebiegła po rzędach strzykawek ułożonych w komorach.
- Która? – zapytała trzęsącym się ze zdenerwowania głosem.
- Ta z czerwonym tłoczkiem, trzy miligramy, prędko!
Wyszarpnęła strzykawkę i wcisnęła mężowi w dłoń. Ten chwycił ją w zaciśniętą pięść i uniósł w ręku niczym starożytną broń i zawiesił ją nad piersią nieprzytomnej. Jasper obrzucił go zdezorientowanym spojrzeniem.
- Nie ma innego wyjścia – wycedził Carlisle, opuszczając rękę.
Igła z impetem wbiła się w ciało dziewczyny, przebijając skórę i rozpychając tkanki, docierając tą drogą do serca. Tłoczek ustąpił pod naporem palca, wtłaczając ożywczy płyn w zmartwiałe ciało.
Zapadła cisza. Alice spojrzała z niepokojem na Edwarda, Jasper przygryzł tak mocno wargi, że pojawiła się na nich krew. Carlisle zrezygnowanym ruchem wysunął igłę z ciała martwej.
- To już…
- Nie! – krzyknął nagle Jasper, zrywając się na nogi. Brzmienie tego słowa zabrzmiało nadzwyczaj mocno w pomieszczeniu, odbijając się echem od sufitu. Wszyscy zgromadzeni spojrzeli po sobie ze zdziwieniem, kiedy szyby jeszcze drżały od zbyt czystego dźwięku.

Dziewczyna poderwała się z miejsca, zaczerpując głośno powietrza.
Dr-Carlisle-carlisle-cullen-7400909-1007-575.jpg
Eclipse-Screencaps-alice-and-jasper-14962107-720-304.jpg
07.09.2010 o godz. 16:44

30.

- Spójrz na mnie! Jerico, spójrz na mnie!
Klęczał nad nią, próbując przywrócić ją do przytomności, z jedną ręką pod jej plecami, a drugą na policzku. Jej skóra była zimna jak lód, a wargi tak blade, że niemal białe.
Parking był pusty. Nawet nie zauważył, kiedy tamci zniknęli, porywając ze sobą nieprzytomnych gości. Nie obchodziło go to.
- Cholera! – głos mu się załamał. Nie miał pojęcia, co się działo, Jerico najpierw usiadła na ziemi, a potem zwyczajnie znieruchomiała w skulonej pozycji, z głową opartą na swoich kolanach. – Proszę, obudź się!
Czekał, aż jej rzęsy zatrzepoczą i powieki uniosą się, ukazując niesamowite tęczówki. Niczego w tej chwili nie pragnął bardziej niż widoku jej otwartych oczu.
Nic takiego się nie stało.
Przyłożył palec do zagłębienia w jej szyi, szukając pulsu. Dopiero po chwili wyczuł jedno, niemrawe poruszenie.
Zdusił krzyk w gardle.
Pochylił się i dźwignął ją na ręce. Zdziwił się niewielkim ciężarem jej ciała – czuł się, jakby trzymał w ramionach szmacianą kukiełkę, nie ludzkie ciało
(martwe ciało)
młodej kobiety. Modląc się w duchu, żeby Carlisle okazał się obecny w domu, ruszył do auta.


- Twoja matka zawsze świeciła dla mnie i twoja avia była światłem dla twojego dziadka.
Na powrót miała siedem lat i obserwowała, jak jej ojciec poleruje jelec swojej broni w gabinecie.
- Jak to? – wydęła wargi w dziecinnej manifestacji oburzenia. – Ja tego nie widzę.
Mężczyzna uśmiechnął się dobrotliwie.
- Uczuć nie widać na zewnątrz – powiedział. – Widzą je tylko ci, którym są przeznaczone.
- Nie! – krzyknęła Jerico.
Spojrzała w lustro wiszące na ścianie za plecami jej ojca i dostrzegła, że na powrót znajdowała się w ciele siedemnastolatki. Miała na sobie te same ubrania, w jakich wyszła z pracy i ją napadnięto – nawet zamek błyskawiczny kurtki był zniszczony, a bluza wyciągnięta i brudna.
- Tak. Nie wyprzesz się tego, gdziekolwiek byś nie uciekała – odparł, odkładając miecz na biurko. Nagle spoważniał i spojrzał jej prosto w oczy – dobrze wiesz, że odwykłaś od oddawania krwi. Zrobiłaś to specjalnie.
Biuro zniknęło, tak jak kryty kominek i gobeliny na ścianach; zastąpiła je wszechobecna, rozciągająca się aż po horyzont biel i Jerico zorientowała się, że brodzi w czymś, co przypomina srebrzystą watę cukrową. Gdzieś w dali, zza osłony mlecznej mgły przebijały się niewyraźnie głosy, jakby na zewnątrz kłębił się tłum rozwrzeszczanych ludzi.
- Czy ja…? – nie dokończyła pytania.
Jej ojciec pokręcił przecząco głową.
- Nie – odrzekł. – Jeszcze nie.
Rozejrzała się niepewnie wokół.
- Gdzie jest Andy? – zapytała w końcu. – Gdzie moja matka? Skoro razem…
- Deryll tu nie ma, a twój brat ćwiczy – uprzedził jej pytający wzrok i dodał – bardzo możliwe, że wróci…
Jej twarz rozjaśniła się w niedowierzaniu, ale zaraz spochmurniała na dźwięk kolejnych słów.
- …ale tylko wtedy, kiedy ty zostaniesz.
- Nie chcę – powiedziała cicho.
Głosy z zewnątrz narastały i teraz mogła rozpoznać pojedyncze słowa.

- Pomocy! Szybko!
- Tam jest… gorzej, niż myślałam – mówiła. – Ludzie są źli.
- Nie zapominaj, do czego jesteśmy stworzeni – odparł łagodnie. – Sensem naszego istnienia jest chronienie rodzaju ludzkiego.

- CO TU SIĘ... Boże!
- Nadarzy się okazja, gdy będziesz mogła oddać własne życie – ciągnął, nie zwracając uwagi na wzmagający się hałas. – I tylko od ciebie będzie zależeć, czy będziesz gotowa je poświęcić. Musisz wrócić, by…
Krzyki przybrały na sile, tłumiąc jego kolejne słowa. Postać jej zmarłego ojca zaczęła blaknąć, w miarę jak pochłaniała go mgła.

- Tracimy ją! Esme, Adrenalina!
- Wołają cię – uśmiechnął się jeszcze, zanim jego rysy na dobre się nie zamazały.
- Tato, nie! – krzyknęła, chcąc go zatrzymać. Mleczna poświata zaczęła otaczać i ją, wciskając się do ust i uszu – Powiedz mi, po co mam wracać? Czego ode mnie oczekują? Powiedz mi!
Nagle poczuła, że smuga pod jej stopami zaczyna rzednąć – spojrzała w dół i zobaczyła czarne szczeliny w miejscu, w którym ustąpiła mgła. Natychmiast odskoczyła z tamtego miejsca i usłyszała donośny trzask, kiedy materia pod nią zapadła się z głuchym tąpnięciem.
W ostatniej chwili chwyciła się krawędzi kruchej posadzki i zawisła na niej z dolną połową ciała wiszącej w próżni.
- Tato! – dostrzegła go jeszcze, stojącego nieruchomo i spowitego w całun chmur, jak patrzy na nią bez słowa – pomóż mi!
Postać nie zrobiła kroku. Widziała jeszcze, jak porusza ustami, ale jego słowa zagłuszył donośny krzyk, pod którego wpływem sklepienie zaczęło pękać. Monumentalne stropy zadziwiająco materialnej mgły zaczęły się kruszyć.
Usiłowała unieść się na rękach i podciągnąć ciało na stały grunt, ale ramiona odmówiły jej posłuszeństwa i załamały się pod jej ciężarem jak zapałki. Wyciągnęła błagalnie rękę w stronę ojca, ponad walącym się gruzem i pyłem.
- Tato! Pomóż…!
W tej chwili reszta jej krzyku utonęła w nicości, kiedy olbrzymia siła pociągnęła ją za nogę i została pochłonięta przez czarną dziurę.
FOG_GGBRIDGE_299a_frl668x460.jpg
Tagi: fog bound
06.09.2010 o godz. 13:38

29.

Czuła się źle. Mówiąc mniej ogólnie, przypuszczała, że zwymiotuje na swoją tacę kelnerską i zaświni kieliszki z krwawą mary breją we wszystkich barwach tęczy. Tony proponował jej, że zastąpi ją w pracy, ale zdawała sobie sprawę z jego własnych zobowiązań i grzecznie mu podziękowała.

Teraz zaczynała tego żałować.
Tony przekonał ją o jednorazowym oddaniu połowy wymaganej ilości, by w miarę możliwości zmniejszyć szok organizmu. Z tego tytułu kiwająca się maszynka do oddawania krwi ukradziona z miejskiego szpitala jakieś piętnaście lat wcześniej (nie miała pojęcia, skąd Tony brał takie rzeczy, przypuszczała, że Mike miał w tym swój udział) wyciągnęła z niej równe półtora litra osocza. Tony omal nie dostał torsji, kiedy wmuszał w nią kolejną tabliczkę czekolady i obserwował poziom cieczy w plastikowym pojemniku. Ona natomiast zachowała spokój – nie w takich sytuacjach już się znajdowała i spodziewała się, że jej ciało szybko ureguluje poziom czerwonych krwinek z rezerw w szpiku kostnym.
Widocznie się myliła.
Przypuszczała, że jej ciało odzwyczaiło się od regularnych upustów krwi i samoistnie zaczynało się przestawiać na normalny tok funkcjonowania. Minęło zbyt wiele czasu, odkąd rozstała się ze swoimi kompanami i zaczęła prowadzić w miarę spokojne życie.
Świadomość, że nie jest tak silna jak dawniej, przeraziła ją bardziej, niż widmo zwrócenia obiadu na klientów.
Zabiła godzina dwudziesta. Jerico z rozmachem rzuciła tacę na bar i skierowała się do wyjścia, ignorując zdziwione spojrzenia pozostałych kelnerek i pokrzykiwania jakiś gości pod oknami.
Musiała zaczerpnąć świeżego powietrza.
W szybkim tempie uporała się z przebraniem i wyszła na parking, kierując się w stronę przystanku autobusowego. Przezornie zrezygnowała z jazdy motorem, bo w tym stanie nie czuła się na siłach, żeby prowadzić i nie wpaść przy tym na słup telegraficzny.
To była zaskakująco ciepła noc, asfalt oddawał falami nagromadzone dniem ciepło, a drzew nie poruszał najmniejszy podmuch wiatru.
Ktoś krzyknął w jej stronę - kątem oka zobaczyła grupkę mężczyzn tłoczącą się przy tylnym wyjściu baru.
- Jerico! - odwróciła się akurat po to, żeby spostrzec obsceniczne znaki wykonywane przez jednego z nich w jej stronę. Zignorowała to i przezornie przyspieszyła kroku.
- Banda chamów - mruknęła do siebie, ze wzrokiem utkwionym we własnym stopach odzianych w znoszone trampki. Poruszały sie zgrabnie po betonie, zmierzając w stronę azylu, jakim w tamtej chwili zdawał jej się być przystanek. Prawa, lewa, prawa, lewa, białe ogumienie migało w zmroku. W pewnym momencie ujrzała inną parę butów stojącą przed swoimi i wpadła na kogoś.
Ten ktoś okazał się być jednym z facetów spod baru i Jerico nie miała pojęcia, jakim cudem udało mu się ją bezszelestnie wyprzedzić.
- Jak tam samopoczucie? - zapytał.
Jerico poznała w nim pozera, który usiłował stawiać jej drinki którejś z zeszłej nocy.
- Nie twoja sprawa, Doug - powiedziała i usiłowała go wyminąć, jednak zastąpił jej drogę.
- Hej, byłem dla ciebie hojny - powiedział i położył rękę na jej ramieniu.
Strąciła ją z irytacją. Odwróciła się, żeby go wyminąć i stanęła twarzą w twarz z jego kumplami, tymi, którzy wcześniej do niej krzyczeli.
Poczuła, że nogi się pod nią uginają i zaczęła żałować, że kazała Tony’emu iść do własnej pracy.
- Co jest, Jerico - raczej stwierdził niż zapytał blondyn w koszulce bez rękawów.
Poczuła za sobą jakiś ruch. Odbiła w lewą stronę, unikając schwytania przez Douga.
- Czego chcecie? - zapytała, robiąc nieznaczny krok do tyłu.
Odpowiedziały jej głupawe śmiechy.
- To wyjdzie w praniu - powiedział Doug i nie wiedzieć czemu znowu zarechotał. - Tego i owego - dodał, na co reszta posłusznie zawtórowała wybuchem wesołości.
- Wara ode mnie - powiedziała i w tej samej chwili została klepnięta w tyłek. Zareagowała odruchowo; odwróciła się i całą siłą uderzyła w twarz kolesia za nią.
Niski facet, którego widziała pierwszy raz na oczy, złapał się za twarz.
- Mój nos! - opadł na asfalt i kiwał się z obiema rękami przyciśniętymi do pryszczatej twarzy. - Ta dziwka złamała mi nos!
Zerwała się do biegu, kiedy błyskawiczny cios w żołądek zwalił ją na kolana.
- Nie przesadzaj, Robert, tylko cię zadrasnęła - usłyszała gdzieś za sobą, kiedy czyjeś ręce złapały ją i próbowały postawić na nogi.
- Ale jak to boli, kurwa, jak boli!
Głosy się krystalizowały i przybierały na ostrości, w miarę jak łapała powietrze długimi haustami. Ledwo czuła dotyk obcej ręki na swojej talii, jak przez mgłę dochodziła do niej świadomość, że stoją na skraju parkingu. Szarpnęła się ostatkiem sił, ale wątpiła, by ktokolwiek z napastników to odczuł. Widziała tylko końce własnych włosów opadające jej na twarz i stopy, stawiające niemrawe kroki po brudnym asfalcie.
- Do samochodu – doszły do niej czyjeś przytłumione słowa.
Uścisk na jej ramionach wzmocnił się, powodując ból, co nieco ją otrzeźwiło.
- Puszczaj!
Usiłowała wyrwać się z objęć tamtych, ale tylko się roześmiali.
- Patrzcie, jaka waleczna!
- No, no, zobaczymy co dalej – usłyszała nad sobą i zrozumiała, że powiedział to ten, który trzymał ją pod ręce. W tej chwili wykręcił jej ramiona, przywracając do pozycji wyprostowanej i krzyknęła, kiedy jej kręgosłup boleśnie się wygiął.
- Ciii – któryś z nich zbliżył się do niej i kątem oka zobaczyła żółtego pickupa stojącego nieopodal nich. Wierzgnęła nogami, celując w jego podbrzusze, ale zrobił unik i wślizgnął się między jej uda. Wyciągnął rękę i zaczął rozpinać zamek jej kurtki – bądź grzeczna, to nie stanie ci się żadna krzywda.
- Zaczynaj, Rob – głos nad nią stał się zniecierpliwiony. – Nie jesteś sam.
Nazwany Robem wzruszył ramionami i gwałtownym ruchem rozpiął jej kurtkę.
- Nie! – krzyknęła. Nie mogła wykonać żadnego ruchu, unieruchomiona między dwoma ciałami. Poczuła, jak tamten przed nią dobiera się do paska jej spodni i otwiera rozporek – nie!
- Zostaw ją – usłyszała warknięcie.
Ręka, która zawisła na poziomie jej lewej piersi, znieruchomiała.
- Chłopaki, dokończcie bohatera – powiedział, nie odwracając się mężczyzna przed nią, wracając do swoich zajęć. - Niech oduczy się wtrącać w nie swoje sprawy.
- Już skończyłem – odparł tamten spokojnie.
Jej napastnik odwrócił się, najwyraźniej z zamiarem powtórzenia swojej komendy i złojenia intruzowi skóry, kiedy zobaczył widok za nim i wrzasnął.
Ręce, które ją trzymały, rozluźniły uścisk i wyrwała się, nie napotykając żadnego oporu. Plecy jednego z mężczyzn przesunęły się nieco i zobaczyła dwa nieruchome ciała leżące w bezwładnych pozach na betonie.
Wyglądały jak martwe. Ktoś stał przed nimi, jakaś świetlista postać promieniowała wewnętrznym blaskiem, tak mocnym, że musiała zmrużyć oczy żeby ją rozpoznać.
Jasper, oczywiście.
- Doug, spadamy stąd! – krzyknął drugi z pozostałych.
Jerico nie wiedziała, co działo się dalej, bo osunęła się na ziemię.
- Tylko sobie na chwilę usiądę – wymruczała, zanim na dobre nie pochłonęła jej ciemność. 
Jasper_and_Alice_II_by_alicexz_large.jpg
ein.jpg
Tagi: rape
05.09.2010 o godz. 14:12

28.

W tej samej chwili, kiedy Tony ostrożnie wkłuwał się w żyłę Jerico, a pojemnik z krwią stopniowo się zapełniał, Cullenowie podjęli decyzję.
- Pani Marsh nie powinna sprawiać problemów – stwierdził Carlisle. – Spodziewam się, że z przyjemnością przystanie na uczestnictwo w rządowym programie pomocy rodzinie.
- Raczej skłoni ją do tego dodatkowe dwadzieścia tysięcy dolarów na koncie – odparł z przekąsem Edward. – Ale skoro uważasz, że tym sposobem uda nam się ją sprowadzić do domu nie wzbudzając przy tym niczyich podejrzeń, masz moje poparcie.
- Nie możemy po prostu zabrać się za to od razu? - jęknął z zawodem wchodzący do salonu Emmet. – Musimy tyle czekać?
Carlisle pokręcił przecząco głową.
- Załatwienie wymaganych papierów zajęło trochę czasu, nie wspominając o tym, że czekamy na decyzję pani Marsh. Wstrzemięźliwość zapewni nam minimum dyskrecji.
- Co na to Jasper? – zapytała cicho Alice. Ostatnimi czasy miała niewiele okazji, żeby z nim szczerze porozmawiać – zamknął się w sobie i coraz więcej czasu spędzał w samotności. Z tej przyczyny pytała o to Carlisle, podejrzewała bowiem, że sprawa nowej uczennicy ma z tym nieco wspólnego. – Kiedy rozmawialiśmy o tym ostatnim razem – spojrzała znacząco na głowę Edwarda, z której co prawda zniknął opatrunek, ale nadal widniały ślady rany po nieudanej próbie włamania do cudzego umysłu – prosił, żeby dać mu trochę czasu.
- Umywa ręce – odpowiedział. – Po ostatniej próbie rozmowy stwierdził, że nie ma istoty bardziej bezczelnej, niewdzięcznej i agresywnej, niż ta dziewczyna. Zaofiarował własny pokój jako miejsce dla niej, nic ponad to nie chce mieć z nią wspólnego.

To niekoniecznie racja, pomyślał Jasper, przewracając się na łóżku i zamykając głowę przed głosami tamtych z dołu. Całkiem duże, ozdobne łóżko wstawił specjalnie dla nowej lokatorki, nic ponad tą przysługę nie był jej winien.
Ale czy na pewno?
Fakt, był wściekły za ostatni wieczór, kiedy dostał w twarz. I to od kogo? Od zwykłej dziewczyny tulącej się na środku ulicy do pomocnika woźnego z liceum.
Przypomniał sobie, jak przypiera do niego ciałem, śmiejąc się w głos i poczuł, że jest bliski uświadomienia sobie prawdziwego źródła swojego gniewu.
Po raz kolejny usiłował przekonać siebie o jej bezwartościowości. Przywoływał wtedy w pamięci jej odpychający wyraz twarzy, kiedy na niego patrzyła, papierosa, z którym widział ją któregoś wieczoru w pracy i wulgarny język, jakim się posługiwała – na darmo. Zawsze wtedy nachodził go obraz ran na jej rękach i przepełnione strachem oczy kiedy na niego patrzyła tam, w pizzerii.
Z teoretycznego punktu widzenia, jej los nie powinien go wcale obchodzić. W praktyce wyglądało to tak, że wariował z niepokoju o nią.
Uderzyła go. Była pierwszą osobą, która ważyła się uderzyć go w twarz i nie skończyła przy tym z urwaną głową. Podsumowując, to stanowiło najlepszy dowód, że nie potrzebuje jego pomocy. Do cholery, nie był niańką! Ale, mimo wszystko…
Ktoś zapukał do drzwi jego pokoju.
Zerwał się z pozycji leżącej i usiadł na łóżku.
- Proszę – powiedział.
Drzwi uchyliły się ostrożnie i pojawiła się w nich Renesmee.
- Można? – zapytała nieśmiało z ręką na futrynie.
Nie ukrywał zaskoczenia jej wizytą, ale powiedział:
- Jasne, wchodź – przesunął się na materacu, robiąc jej miejsce.
Ostrożnie, jakby były ze szkła, zamknęła za sobą drzwi i powoli skierowała się w jego stronę. Powiodła oczami po jego pokoju i uśmiechnęła się.
- Pierwszy raz jestem u ciebie w pokoju – powiedziała.
- Nie było okazji, żeby ci go pokazać – odparł. Usiadła przy nim i zauważył, że splata nerwowo palce – coś się stało?
- Nie, czemu – zaczęła lekceważącym tonem, ale zaraz dodała – właściwie, to tak.
Jako, że nie śpieszyła się z udzielaniem mu informacji, zapytał:
- Chodzi o nasz wypad do Allegan?
Potrząsnęła przecząco głową, ale zaraz przybrała minę, jakby chciała potwierdzić.
- Tak i nie – odrzekła w końcu, a Jasper pomyślał, że nie należy do zbyt konkretnych osób. Z wrodzonej uprzejmości nie powiedział tego na głos, tylko spokojnie czekał na ciąg dalszy jej opowieści - jeśli chodzi o tamtych zbirów, to im się należało.
Roześmiała się nerwowo, ale zaraz się opanowała, widząc jego pytającą minę.
- No, więc… - zaczerpnęła głośno oddechu i wyrzuciła z siebie – chodzi o ciebie.
Wyraz jego twarzy nie zmienił się ani o jotę.
- Co przez to rozumiesz? – naraz przypomniał sobie swoje zachowanie ostatnich tygodni i niemal pacnął się w czoło – o to chodzi! Wiem, że ostatnio jestem nie do życia, nie mam pojęcia, skąd się to bierze, podejrzewam, że to przez pogodę, niskie ciśnienie, te opady… - ględził, nie zauważając, że Renesmee przysuwa się do niego, zmniejszając dzielącą ich odległość i ocknął się dopiero wtedy, kiedy poczuł na kolanie dotyk cudzej ręki. Urwał w połowie zdania i spojrzał prosto w jej twarz, która dziwnym trafem znalazła się o cal od jego nosa – Nessie?
- Chodzi mi o ciebie – powtórzyła szeptem.
Osłupiał, zerkając to na jej dłoń na swoim kolanie, to na nią, nie mając pojęcia, jak powinien to odebrać i w jaki sposób zareagować. Renesmee najwyraźniej wzięła to za dobry znak, bo zbliżyła się do niego jeszcze bardziej. Nie przewidując dalszego biegu wypadków nie cofnął się – po prostu nie mieścił mu się w głowie.
Pocałowała go.
Właściwie, nie można było tego do końca nazwać pocałunkiem w pełnym tego słowa znaczeniu. Jasper poczuł na swoich wargach suchy dotyk jej ust i wilgotny język, który usiłował wcisnąć mu się do wnętrza.
Oskoczył jak oparzony na środek pokoju, omal nie przewracając się o stojak z płytami.
- Renesmee! – wykrztusił z siebie.
Najwyraźniej zawstydzona swoim wybuchem namiętności, pochyliła głowę.
- Przepraszam – powiedziała cichutko.
Czuł nie mniejsze zażenowanie. Nerwowym gestem podrapał się po grzbiecie nosa i przeszedł pod okno.
- Myślę, że lepiej będzie, jeśli o tym zapomnimy – przerwał ciszę, która przez jakiś czas dźwięczała w pomieszczeniu.
Poderwała się z miejsca.
- Co jest ze mną nie tak?
Otwierał usta, żeby odpowiedzieć, kiedy go uprzedziła:
- Jestem aż tak brzydka, czy taka głupia? – po skruszonej pozie nie zostało ani śladu. Teraz stała przed nim oburzona i nadąsana nastolatka. – Co źle zrobiłam?
Postąpił krok do tyłu, kiedy ponownie się do niego zbliżyła.
- Wszystko z tobą w porządku, Nessie – starał się, żeby jego głos brzmiał stanowczo. – Jesteś śliczną, młodą dziewczyną.
Zwłaszcza w tej wydekoltowanej sukience, dodał w myślach.
Pod wpływem tych słów uniosła nieco wyżej głowę.
- Tak? – zapytała z niedowierzaniem. – To dlaczego mnie ignorujesz?
Milczał, nie znajdując w głowie słów adekwatnych do sytuacji.
- Od pierwszej chwili, w której cię ujrzałam, wiedziałam – ciągnęła, usiłując podchwycić jego uciekający wzrok – że jesteś najpiękniejszym mężczyzną, jakiego kiedykolwiek widziałam. Nigdy wcześniej nie spotkałam kogoś takiego, to było jak uderzenie pioruna – przypomniał sobie jej roztargnienie pierwszego dnia ich przyjazdu. Był przekonany, że jest po prostu zmęczona podróżą, teraz okazało się, że rzeczywista przyczyna nieco odbiegała od jego przypuszczeń – szybko przekonałam się, że także charakter masz piękny, Jasperze. Jesteś jedyną osobą, dla której warto było przyjechać do Allegan i dla której chcę tu zostać.
W końcu odzyskał władzę nad głosem i postanowił przerwać tę bezsensowną przemowę.
- Na litość boską, Ness! – wykrzyknął. – Jesteś córką mojego brata!
- Przyrodniego – odparła natychmiast. – I między wami nie ma żadnego pokrewieństwa – położyła dłonie na jego twarzy i spojrzała mu głęboko w oczy. – Mój przyjazd tutaj, po tych wszystkich latach… spotkanie ciebie… to nie może być przypadek, zrozum!
Nieco zbyt gwałtownym gestem oderwał jej ręce od swoich policzków.
- Jacob czeka na ciebie.
- Nie chcę Jacoba, chcę ciebie! – usiłowała ponownie go dotknąć, ale ją delikatnie odsunął.
- Posłuchaj – zaczął łagodnie. – Masz szesnaście lat, a ja dobre dziesięć razy tyle. Sama widzisz, że to wygląda dość dziwacznie. Kiedy dorośniesz…
Opuściła bezwładnie ręce.
- A więc o to chodzi – jej oczy zalśniły i z przerażeniem uświadomił sobie, że to łzy. – Uważasz mnie za przedszkolaka.
Wydęła dziecinnie wargi i w tej chwili rzeczywiście nie wyglądała jak sześciolatka, której matka odmówiła kupna tornistra z postacią barbie.
Jasper uświadomił sobie, że popełnił gafę.
- Źle mnie zrozumiałaś, rzecz w tym…
Spojrzała na niego z nadzieją, otwierając szeroko oczy.
- …że po prostu… - szukał przez chwilę odpowiedniego określenia, które nie brzmiałoby obcesowo – nie pasujemy do siebie.
W kąciku jej lewego oka sperliła się przezroczysta kropla i pokaźna łza spłynęła jej po nosie. Wykrzywiła się w wyrazie, który byłby komiczny, gdyby nie niecodzienne okoliczności.
Zrozumiał, że powinien pomyśleć dłuższą chwilę, zanim palnie kolejną bzdurę.
- Nienawidzę cię! – wykrzyknęła wybiegając z pokoju.
Słyszał, jak zbiega schodami na dół, gdzie wita ją troskliwy ton Rosalie.
- Wspaniale – mruknął, rzucając się na materac. – Wprost idealnie.
Pomyślał, że łóżko w pokoju wcale nie jest głupim pomysłem.
Jazzper.jpg
Teen-Nessie-renesmee-carlie-cullen-2032862-400-300.jpg
04.09.2010 o godz. 22:31

27.

- Cześć, Tony – powiedziała.
- I jak, doszłaś z nim do ładu? – objął ją ramieniem, chroniąc przed zimnymi podmuchami nocnego powietrza.
Milczała, ze wzrokiem utkwionym w spękanych płytach chodnika.
Dał jej żartobliwego kuksańca.
- Coś taka nieprzytomna?
Zamrugała oczami i spojrzała na niego z roztargnieniem.
- Tak, tak, doszłam z nim do ładu.
Zerknął na nią pytająco i dodała zaraz:
- Naprawi mi kosę – tym potocznym, aczkolwiek zaskakująco trafnym stwierdzeniem nazywała swoją broń – wreszcie będę zdolna do czegoś więcej, niż uciekania.
Coś w jej tonie kazało mu się zatrzymać.
- Zaraz – powiedział. Stali pod murem nieczynnej księgarni, niedaleko parkingu, na którym zostawili motocykle – czego za to chciał?
Parsknęła.
- Nie tego, co ci łazi po głowie. W każdym bądź razie, nie to dostanie – poprawiła się zaraz. Odwróciła się do niego plecami i z udawanym zainteresowaniem wpatrzyła w wystawę z książkami – nie to mam najcenniejszego.
Pewne podejrzenie spadło na niego jak uderzenie pioruna.
- Nie, Jerico – powiedział wolno. – Chyba nie chcesz…
- Tak, chcę – przerwała mu. – To jedyny sposób. I ty mi w tym pomożesz.
Postąpiła krok w jego stronę i spojrzała mu prosto w oczy.
- Wiesz, jak się posługiwać, tymi… - zatrzepotała w powietrzu palcami, szukając odpowiedniego określenia – igłami. Tak będzie higieniczniej.
Powiedział jedno słowo:
- Ile.
Wzruszyła z lekceważeniem ramionami.
- Trzy litry.
Nie mógł uwierzyć własnym uszom. Wydawało się to zbyt absurdalne, żeby miało być prawdziwe.
- Ile? – powtórzył.
Powtórzyła tak cicho, że musiał się pochylić, aby zrozumieć.
- Trzy litry.
- Czy ci się sufit na głowę nie obsunął? – wykrzyknął. – Przecież to pieprzone samobójstwo!
- Wiem o tym – wysyczała. Nagle chwyciła go za rękę i obróciła w stronę przejścia dla pieszych. – Widzisz to?
Przed oczami miał pustą ulicę, gdzieniegdzie przemknął chyłkiem spóźniony przechodzień. W budynku naprzeciw księgarni rozżarzały się w świetle prostokątne oczodoły okien, w jednym z nich jakaś rodzina spożywała kolację, w innym zza koronkowej firanki prześwitywała pochylona nad biurkiem figura młodej dziewczyny. Chudy kot przebiegł pod sąsiednim budynkiem, w oddali rozbrzmiewały przytłumione dźwięki nocnej imprezy. Ot, wieczór jakich wiele w małym miasteczku, niczym nie odbiegający od setek tysięcy podobnych mu miejsc. Nic nie wskazywało na obecność półwampira na sąsiedniej stronie ulicy i nic nie usprawiedliwiało obecności istot pozaziemskich w najbliższym sąsiedztwie.
- Zwyczajność – w jej głosie wyczuwał ledwo dostrzegalną nutę pogardy. – Oto, w co uciekłam, to wydawało mi się nadzwyczajne.
Jej twarz nabrała wyrazu zaciętości, i choć rysy wyostrzyły się, a wargi zacisnęły, to nie zbrzydła, wprost przeciwnie – wydawała mu się w tej chwili wprost i niezaprzeczalnie piękna.
Niemal wypluła następne słowa.
- Duszę się – powiedziała. – Dusi mnie jedzenie, dusi mnie spanie, duszę się chodząc do szkoły i pracując w miejscu pełnym ludzi, którzy robią to samo i nic poza tym. Chciałam być normalna – potrząsnęła głową, w wyrazie niedowierzania – i prawie taka się stałam. Teraz gdy widzę, że niczym nie różnię się od kobiety pchającej wózek w supermarkecie uświadomiłam sobie, że tak naprawdę, nigdy nie chciałam się zmienić. Wolę umrzeć niż wtopić się w tłum – ponownie utkwiła w nim spojrzenie i zauważył, jak wielkie są jej źrenice – rozumiesz to?
Nie był w stanie przełknąć śliny. Dopiero po chwili wykrztusił przesadnie wesołym tonem:
- Chodź tu – objął ją ramionami i mocno ścisnął. – Damy radę.
- Ręce mi zmarzły – wymruczała w kołnierz jego kurtki. Wyciągnęła dłonie i wcisnęła je w jego kieszenie, przy czym roześmiała się głośno, jakby nie było poprzedniej przemowy – ale masz ciepło!
Przemknęło mu przez myśl, że muszą wyglądać jak para zakochanych; objęci pod murem kamienicy i śmiejący się głośno, kiedy Jerico znieruchomiała w jego objęciach i odskoczyła, wyrywając ręce z jego kurtki.
- Co… - zaczął pytać i odwrócił się w stronę, w którą patrzyła.

On stał za nimi.
Nie bez zdziwienia stwierdził, że jest wściekły – fale gniewu biły od niego jak ciepło od rozgrzanego pieca. Instynktownie cofnął się, w obawie przed atakiem, ale Jerico najwyraźniej nie podzielała jego obaw. Zamiast tego wypaliła bezceremonialnie:
- A ty tu czego?
Mimo to, wyraźnie była zmieszana. Schowała ramiona za plecami i sprawiała wrażenie zawstydzonej sytuacją w której została przyłapana mimo, że dzielnie nadrabiała miną.
Nie wiedzieć czemu, zabolało go to.
Tamten powiódł topazowymi oczami od niego do niej.
- Ty? Z nim?
Założyła ręce na piersi. Na twarz nałożyła odpychającą maskę.
- Boli cię to?
Chociaż Tony nadal nie mógł wyzbyć się wrażenia, że obcy z chęcią ukręciłby mu kark i martwe ciało wrzucił z uśmiechem do kontenera na śmieci, ten się uspokoił i odparł cicho:
- To nie jest dobre towarzystwo.
Nie wierzył własnym oczom. Kajał się przed Jerico!
- Pozwól, że sama zadecyduję o doborze własnego towarzystwa.
Nie była naturalna: spięła się i zaciskała kurczowo palce na swoich łokciach. To sprawiło, że postanowił się odezwać:
- Słyszałeś ją? To jej decyzja – zostaw ją w spokoju.
Cullen spojrzał na niego ze zdziwieniem, jakby dopiero uświadomił sobie jego obecność.
- Słucham? – zadał drwiące pytanie i Tony natychmiast stracił ochotę do konwersacji. Mimo to wypalił:
- To, co słyszałeś. Zrobiłem, co chciałeś, ale to ona zadecydowała, czy tego chce.
Jerico utkwiła w nim spojrzenie, jakby coś sobie przypominając.
Tamten zignorował jego słowa i zwrócił się na powrót do niej:
- Musimy porozmawiać – zaczął. – Chcę być wobec ciebie w porządku i dlatego…
- Chwileczkę – przerwała mu. Zwróciła się do Tony’ego – co rozumiesz przez słowa „zrobiłem co chciałeś”? Czy to ma związek z tymi dniami, kiedy mnie unikałeś?
Głos Cullena stracił na sile.
- …ja…
- Odpowiedz mi! – wyciągnęła w jego kierunku wskazujący palec. – Kazałeś Tony’emu zostawić mnie w spokoju?
Zacisnął zęby.
- Tak – wydusił w końcu. – Tylko dlatego, że…
Za jego plecami przejechał autobus i reszta jego wypowiedzi utonęła w ryku silnika.
- Jak śmiałeś! – wykrzyknęła, kiedy pojazd zniknął za zakrętem. – Jak śmiałeś mi to zrobić!
- Jerico… ja… - Tony nie mógł się nadziwić, jak ktoś jego pokroju może okazać tyle bezsilności względem kruchej nastolatki. – To nie jest materiał na przyjaciela! – wykrzyknął wreszcie. – Nie masz pojęcia, kim…
TRZASK.
Jerico uderzyła Jaspera Cullena w twarz, przy wtórze donośnego klaśnięcia.
- Ostatni raz cię widzę – wycedziła.
Ten ostrożnie dotknął swojego policzka i jego spojrzenie stwardniało. Tony przez chwilę miał paskudne wrażenie, że odwzajemni się jej tym samym i uderzy ją równie mocno, ale on tylko powiedział:
- Jak sobie życzysz.
I odszedł.
- Chodź, już go nie ma – Tony delikatnie pociągnął ją za rękaw kurtki, kiedy stała nieruchomo wpatrzona w miejsce, w którym zniknął Cullen. – Motory nam zmokną.
Skinęła głową i podążyła za nim.

Kilka godzin później, po odprowadzeniu Jerico do domu i kąpieli, leżał w łóżku i paląc ósmego z kolei papierosa, coś sobie uświadomił.

Czarujący Mike nie będzie pił jej krwi. Tony znał go od lat i zdawał sobie sprawę, że nieśmiertelność była ostatnią rzeczą, jakiej pożądał. Wiedział też, że wie o sprawach, o których zwykli ludzie nie mogą przypuszczać, że wiedzą i bywał w miejscach, których istnienia nie domyślali się nawet ci niezwykli.

W takim razie, do czego jej potrzebował?

images (3).jpg
images (1).jpg
1440.jpg
03.09.2010 o godz. 23:29

26.

- Dwa.
- Trzy.
- Dwa.
- Trzy.
- Dwa!
- Trzy i pół.
Jerico oderwała wzrok od oczu mężczyzny siedzącego naprzeciw niej i chwyciła za kufel piwa.
- Niech będzie – przystała w końcu. – Trzy litry.
Siedzieli w lokalu „Stara Babcia” w piwnicach ulicy Monroe Street i negocjowali warunki przedziwnej umowy, w której każda ze stron miała do wykonania teoretycznie niewykonywalne zadania.
Czarujący Mike uśmiechnął się uroczo.
- W takim układzie, do końca miesiąca powinno być po robocie.
Obserwowała, jak pociąga zdrowy łyk niezidentyfikowanej, dymiącej cieczy z kubka w groszki.
- Wiesz, czym jestem – stwierdziła. – I wiesz, jakie zdolności ma moja krew. W takim razie, kim ty jesteś?
Odstawił delikatnie naczynie na ceratę blatu i strzepnął długimi palcami.
- To jedno z tych pytań, moja droga Jerico – mrugnął okiem – na które jeśli nie znasz odpowiedzi, to nawet najbardziej wyczerpująca odpowiedź nie da ci… – w tej chwili obok ich stolika przeszła zgrabna kelnerka i przez moment zawiesił wzrok na wysokości jej dekoltu, po czym na powrót zwrócił się ku Jerico – satysfakcjonującej odpowiedzi.
- Aha – powiedziała tylko, z braku sensowniejszej odpowiedzi. – I to wszystko, czego ode mnie oczekujesz w zamian za naprawę broni?
Postukał się teatralnym gestem po brodzie, najwyraźniej w głębokiej zadumie, by w końcu powiedzieć cicho:
- Właściwie! – kocim ruchem przeniósł się na kanapę, na której siedziała – jest coś, co mogłabyś dla mnie jeszcze zrobić.
Przezornie odsunęła się w stronę krawędzi ławy i spojrzała na niego powątpiewająco:
- Czyli?
Przybliżył się do niej jeszcze bardziej, tak, że teraz niemal stykali się biodrami. Zbliżył swoją twarz (przystojną, ale zniszczoną twarz, jak zarejestrowały oczy Jerico) do jej i głosem, który w zamierzeniu miał być uwodzicielski, a w rzeczywistości był zbyt pewny siebie żeby należał do uwodziciela, powiedział:
- Jesteś bardzo ładna – jeden z krzyży na jego uchu zamigotał w przyciemnionym blasku lampy nad ich miejscem, kiedy musnął wskazującym palcem jej dolną wargę. – Mogłabyś wykorzystać swój potencjał, na przykład…
Zmarszczyła nos, kiedy jej twarz owiał jego nieświeży oddech.
- Łapy z daleka! – poderwała się z miejsca.
Roześmiał się głośno.
- Potraktuj to jako żart – upił kolejny łyk zielonej breji i obrzucił ją zdziwionym spojrzeniem, jakby zastanawiał się, co jeszcze przy nim robi – no, już – machnął ręką – uciekaj, oczekuję gościa.
Prychnęła.
- Do końca miesiąca, Czarujący – powiedziała na odchodnym. Cofnęła się jeszcze, żeby upić łyk ze swojego kufla i wbiegła po schodach prosto w mroźny wieczór.

- Czekałem na ciebie - usłyszała.
Czaruj. Mike.jpg
Tagi: Adam?
02.09.2010 o godz. 22:10

25.

Siedziała przy kuchennym stole i rozpamiętywała wydarzenia zeszłego wieczoru.

Około godziny dwudziestej trzeciej wróciła z długiego spaceru po lesie w sam raz, żeby trafić w środek domowej awantury.
Właśnie zdejmowała w przedpokoju buty, kiedy doszły ją pierwsze krzyki:
- To nie jest człowiek! To diabelstwo!
Rozpoznała głos swojego ojca. Wbiegła do salonu i zobaczyła cała rodzinę skupioną wokół Jaspera, przy czym Edward stał naprzeciwko niego w oskarżycielskiej pozie.
- Nie waż się o niej tak mówić – warknął. Emmet uspokajającym gestem położył mu rękę na ramieniu.
- Spokojnie, Jazz.
- Nie czułeś tego – powiedział cicho Edward. Jego głowa była obwiązana bandażem, a w okolicy skroni prześwitywała niewyraźna plama czerwieni. - To było tak, jakby w mojej czaszce wybuchł fajerwerk.
Na Boga, jej ojciec był wampirem, nie kruchym człowieczkiem! Co musiało się wydarzyć, żeby doznał ran? Jaka siła wyrządziła mu namacalną krzywdę?
- Co ci się stało? – zapytała i nagle oczy zgromadzonych zwróciły się w jej stronę, zauważając jej obecność. – Kto ci to zrobił, Edwardzie?
Bella wymieniła szybkie spojrzenia z Esme.
- Wyjdź, Renesmee – powiedziała stanowczo.
- Nie rozkazuj mi! – wykrzyknęła. Reszta obserwowała ją w milczeniu, tylko Aleksyn uśmiechał się pod nosem z ironią. – Przestańcie traktować mnie jak dziecko, mam prawo wiedzieć, co się dzieje!
Spojrzała na Jaspera, szukając w nim poparcia, ale ten utkwił wzrok w podłodze.
Jej matka spiorunowała ją wzrokiem i już otwierała usta, żeby jednym celnym słowem zburzyć kruchy bastion jej niezależności, kiedy Jasper się odezwał.
- Dajcie mi kilka dni – nadal patrzył w podłogę. – Pozwólcie mi ją przekonać.
Potem Carlisle skinął potakująco głową, a ona zastanawiała się całą noc i tego ranka:

Kim była ta, dla której Jasper ryzykował dobre stosunki z własną rodziną?
Skrzypnęły drzwi i w kuchni pojawił się Aleksyn. Niedbale trzymał w ręku coś puchatego i przy bliższym poznaniu dostrzegła małego kotka.
Zareagowała typowo dla osobnika płci żeńskiej na widok puszystego stworzonka.
- Kociaczek! – krzyknęła z zachwytem, patrząc, jak zwierzątko tuli się do jego piersi, kiedy wyjmował z szafki koktajlową szklankę – Skąd go masz, jest…
Nie zwracając na nią uwagi, Aleksyn jednym stanowczym gestem ukręcił mu łebek.
Krzyknęła ze zgrozą. Nieświadomy jej zszokowanej reakcji, ujął palcami jednej ręki główkę, a drugą chwycił za zmiękczały korpus.
- Coś się stało? – spojrzał przez ramię, zajęty wyciskaniem krwi z kociej tętnicy do szklanki. Lśniąca ciecz trysnęła cienkim strumyczkiem i spłynęła po szkle. Kiedy ciśnienie spadło, wzmocnił uścisk i strzępki czegoś czarnego oderwały się od martwego ciała – a, kotek. Biegał po drodze, pewnie sąsiadów.
Niezdolna do żadnego słowa, potrząsnęła tylko głową.
W tej chwili wszedł Jasper. Jego wzrok prześlizgnął się po wnętrzu kuchni i zatrzymał na Aleksynie, w tej chwili wrzucającego kocie truchło do kosza na śmieci.
- Rany – skrzywił się z niesmakiem. – Mógłbyś przygotowywać swoje śniadanie w bardziej odosobnionym miejscu?
- Dobra, dobra – zrzędził Aleksyn, łapiąc szklankę i obrażonym krokiem skierował się w stronę wyjścia. – Bo kuchnia nie służy do jedzenia.
Zauważyła, że Jasper ma na sobie kurtkę, na tej podstawie skonstatowała, że wybiera się do miasta, nie na polowanie: wampiry nie czuły zimna i w pewnych sytuacjach nie zaprzątały sobie głowy takimi drobiazgami jak wierzchnie odzienie.
Z trudem oderwała wzrok od poplamionej szafki.
- Wybierasz się gdzieś? – zapytała.
- Muszę coś załatwić – odpowiedział.

Aleksan.jpg
Oddam-kota_Koty-europejskie_20100726175005.jpg
Tagi: do not!
01.09.2010 o godz. 21:43

24.

Kiedy kilka mil na południe Esme opatrywała Edwardowi głowę, a wszyscy członkowie rodziny Cullenów przyglądali się temu ze zgrozą, Jerico Jones przemierzała ciasną uliczkę Jackson Street. Adres, jaki podał jej Tony, najprawdopodobniej znajdował się kilka kamienic dalej i na podstawie tego, co mogła przewidzieć, za chwilę powinna być na miejscu. Wolałaby, żeby Tony towarzyszył jej przy tej wizycie, ale on stwierdził stanowczo, że osoba do której zmierzała, nigdy nie przyjmowała kilku gości jednocześnie.
- Musisz przekonać go sama – uciął dyskusję.
Nie miała pojęcia, co o tym myśleć. Z jednej strony rada była, że przyjaciel polecił jej kogoś, o kim wyrażał się, że „zna się na rzeczy” – z drugiej jednak, nie wiedziała czego się spodziewać. Przedsiębiorczego wampira? Kowala orientującego się w tajnikach militariów, czy sprytnego naciągacza, gotowego za kilka dolców zespawać jej szablę elektryczną spawarką?
Zatrzymała się przed wiekową, przynajmniej pięćdziesięcioletnią kamienicą. Zerknęła jeszcze porównawczo na gęsto zabazgraną karteczkę od Tony’ego i obrzuciła krytycznym spojrzeniem zaniedbany budynek.
Trafiła.
Drzwi wejściowe były masywne, zdobione w zawiłe ornamenty i w swojej ekscentrycznej elegancji rażąco odstawały od wysmarowanych sprayem cegieł i śmieci wylewających się z piwnicznych okienek. Obok klamki znajdowała się mosiężna kołatka o kształcie lamparciego łba, rozchylającego w gniewie paszczę, co Jerico wydawało się w niezrozumiały sposób niestosowne. Przypominając sobie radę Tony’ego, nie zadzwoniła do domofonu, ale zastukała trzykrotnie kołatką, czując się jak ofiara żartu z ukrytej kamery. Niemal liczyła na to, że z zakrętu wyskoczy prowadzący show i krzyknie: „mamy cię! Zostałaś wkręcona przez własnego przyjaciela!”. Zamiast tego drzwi rozwarły się z przeciągłym jękiem, odsłaniając skąpany w mroku kawałek korytarza i schody.
Ostrożnie przestąpiła krok i wrota natychmiast się za nią zatrzasnęły, pogrążając w kompletnych ciemnościach. Kiedy jej oczy przyzwyczaiły się do mroku, wdrapała się ostrożnie na skrzypiące schody i wspięła na piętro. Pierwsze, potem drugie. Kiedy stanęła u szczytu czwartej kondygnacji, zatrzymała się przed odrapanymi drzwiami. Nawet gdyby nie była pewna, że osoba do której zmierzała mieszkała pod numerem czterdziestym siódmym, to widok ozdobnego wejścia naprowadziłby ją na dobry trop.
Uniosła wolno rękę i zapukała.
Nikt jej nie odpowiedział. Wzruszyła ramionami i zapukała nieco mocniej.
Znowu nic.
Ktoś musiał wpuścić ją na dole, z tego wywnioskowała, że była oczekiwana wewnątrz. Jeśli było coś, czego nie znosiła bardziej od ignorancji, to w tej chwili nie mogła sobie tego przypomnieć.
Zacisnęła dłoń w pięść i załomotała w drewno. Gwałtowna reakcja z mieszkania sprawiła, że zaraz schowała ręce za siebie:
- Kogo tam niesie! – odezwał się gniewnie zachrypnięty głos. Oczami wyobraźni ujrzała podstarzałego jegomościa w snobistycznym garniturze i ulizanymi rzadkimi włosami.
Nagle drzwi otworzyły się na pół szerokości i było to na tyle nieoczekiwane, że Jerico podskoczyła w miejscu.
- Co jest?
Patrzył na nią z góry młody mężczyzna w brudnym różowym szlafroku nałożonym na bokserki. Sprawiałoby to całkiem komiczne wrażenie, gdyby nie niepokojące tatuaże na piersi i pet w ustach.
To był najdziwniejszy facet, jakiego dotąd widziała. Mimo to powiedziała:
- Potrzebuję pomocy.
- A co mi do tego? – zapytał obojętnie. Dostrzegła złote kolczyki w jego uszach, oraz jeden w nosie. Nie, ten gość zdecydowanie nie był laureatem w konkursie na najsympatyczniejszego mieszkańca Allegan.
- Polecił mi ciebie Tony.
- To zmienia postać rzeczy – uchylił szerzej drzwi, wpuszczając ją do środka – Stary, naćpany Tony.
Jerico zamknęła za sobą drzwi i spojrzała z niedowierzaniem na wnętrze mieszkania. Rozkładem nie różniło się od innych przestrzeni tego typu, właściwie dostrzegała podobieństwa między nim a domem Tony’ego, jednak było w nim coś, czym się zdecydowanie różniło.
Było zagracone. Ale nie w taki zwyczajny sposób, jaki charakteryzuje majsterkowiczów, czy samotnych mężczyzn. Jerico wątpiła, by normalny człowiek mógł znieść pod jednym dachem taką różnorodność przedmiotów. Pokój był dosłownie zawalony mnogością regałów, na których o miejsce walczyły ze sobą tajemniczo wyglądające księgi i szkła z bliżej nieznaną zawartością. Były tam także niezwykłe przyrządy, jedne delikatne w swojej budowie, inne masywne i sprawiające mordercze wrażenie; były też rośliny, pęki ziół suszyły się pod belkami stropu i zwierzęta; mlecznobiały wąż prześlizgnął się po brzegu jednej z książek w szczerozłotej okładce. Dostrzegła zdeformowaną ludzką czaszkę wiszącą pod sufitem i przeszedł ją dreszcz.
Nie zwracając na nią uwagi, podszedł do jednej z komód i wysunął szufladę. Szukając w niej czegoś z zaangażowaniem, zapytał – co u niego słychać?
- Dobrze – odpowiedziała machinalnie, zaabsorbowana przyglądaniem się słoikowi pełnego czegoś, co wyglądało jak zakonserwowane ludzkie gałki oczne.
Czarujący Mike wygrzebał w końcu coś, co okazało się być ozdobną zapalniczką. Podpalił niedbale papierosa.
- Jeszcze bierze to świństwo? – dodał, zaciągając się dymem i złote pierścienie na jego palcach zamigotały w odbiciu szkła, przed którym stała. – Tak – odpowiedział do siebie, nie czekając na jej potwierdzenie. Wypuścił z westchnieniem dym i zobaczyła, że niebieskawej smudze migoczą kolorowe bąbelki – będę miał coś dla niego, jak do mnie następnym razem przyjdzie. Pytanie, co ciebie sprowadza do mnie?
- Potrzebuję pomocy – powtórzyła.
Oparł się plecami o zakurzony stół i obrzucił ją powątpiewającym spojrzeniem.
- Tak? A jakiego rodzaju?
- Wampirzego – odparła spokojnie, nie przewidując jego reakcji.
Czarujący Mike odchylił głowę do tyłu i zaczął się śmiać.
- Wampirzego! – powiedział, kiedy udało mu się opanować wybuch wesołości. – Droga dziewczynko, czy to żart?
Poczuła, jak zaczynają płonąć jej policzki. Na przekór wszystkiemu powiedziała dumnie:
- Nie żartuję.
Odłożył delikatnie papierosa, trzymając go w między środkowym, a wskazującym palcem. Zbliżył się półki na ścianie i spomiędzy słojów z marynowanymi jaszczurkami, a okrągłymi fiolkami wyjął butelkę Jacka Danielsa.
- Moja droga – powiedział dobrotliwie, nalewając do szklanki złocisty płyn – te, jak tam – machnął lekceważąco ręką – wampiry! nie istnieją. Obrażasz mój zdrowy rozsądek, wchodząc sobie tutaj, ot tak, i prosząc o pomoc w sprawie sennego koszmaru.
Pytającym gestem wyciągnął w jej stronę napełnioną po brzegi szklankę. Potrząsnęła przecząco głową, na co wzruszył ramionami i sam wypił duszkiem zawartość.
- Istnieją – powiedziała z uporem. – Miałam z nimi do czynienia.
Uśmiechnął się wyrozumiale.
- Naprawdę? – całkiem przekonująco udał zdziwienie. Ziewnął i odwrócił się w kierunku kuchni, najwyraźniej uznając spotkanie za zakończone – w takim razie radzę się zaopatrzyć w czosnek i ostry kołek. Nic tak nie działa na pijawki jak nieświeży oddech.
Był już przy wyjściu, kiedy powiedziała:
- Na Volturi nie działa.
Plecy Czarującego Mike znieruchomiały.
- Coś ty powiedziała? – zapytał głucho.
- Na Volturi nie…
Znalazł się przy niej w mgnieniu oka i przycisnął rękę do jej ust.
- Milcz! – krzyknął, owiewając jej twarz odorem alkoholu. – Nie wypowiadaj tego słowa pod moim dachem!
Odskoczył od niej i zamknął z trzaskiem drzwi na korytarz, a potem zasłonił kotary we wszystkich trzech oknach. Kiedy upewnił się, że nikt ich nie obserwuje, zwrócił się do niej. Uśmiechnął się, prezentując zielony diamencik między górnym trzecim i drugim zębem.
- To zmienia postać rzeczy.
Oxford Place.JPG
Cz. Mike.jpg
31.08.2010 o godz. 17:13

23.

Dzień, w którym ktoś próbował dostać się do wnętrza jej głowy, był wietrzny.
Zima zbliżała się wielkimi krokami. Nie było mowy o wyjściu z domu bez ciepłego okrycia, a słońce niemal wcale nie wychodziło zza grubej osłony chmur. Jedno z takich chłodnych jesiennych popołudni Jerico spędzała na hali Cafedrinterii, gdzie rozpakowywała przywieziony z hurtowni towar. Jej zadaniem było przenoszenie z parkingu, na którym znajdował się wóz dostawczy, skrzynek z alkoholem na zaplecze. Przed posępnym budynkiem lokalu kręcił się mnóstwo ludzi, a kilka samochodów miało tablice z innych stanów i po wszystkim pomyślała, że osoba która naruszyła jej nietykalność, nie mogła być jednym z miejscowych.
Skrzynki były z litego plastiku, butelek było dużo, więc była rada z pomocy Tony’ego. Często ratował ją w podobnych sytuacjach – z racji swojej niecodziennej przywary nie odczuwał zmęczenia w potocznym tego słowa znaczeniu i okazywał się całkiem przydatnym pomocnikiem.
Podchodziła właśnie do załadunku, żeby zdjąć ostatnią skrzynkę z rampy, kiedy ktoś dotknął jej głowy.
Nie dosłownie, nikt nie pogłaskał ją po włosach – porównałaby to uczucie to łagodnego muśnięcia powierzchni jej mózgu. To było tak, jakby czyjeś zwinne palce badały zawartość jego zwojów w bezceremonialny sposób, jakby ich właściciel nie brał pod uwagę demaskacji.
- Tony – odwróciła się ostrożnie, wciąż z poczuciem intruza we własnym ciele – Tony, to ty?
Właśnie pojawił się w drzwiach zaplecza, z puszką coli w ręce.
- Chcesz… - w tej chwili napotkał jej zalękniony wzrok i puszka wypadła mu z ręki. – Co jest?
Blaszane opakowanie potoczyło się z brzękiem po nierównościach betonu, z głośnym sykiem napoju gazowanego.
Podskoczył do niej, ale powstrzymała go ruchem ręki. Opuściła głowę i pochyliła się w stronę wiatru. Nasłuchiwała.
Kimkolwiek on był, nadal grzebał w jej myślach. Kiedy upewniła się, że to nie jej przyjaciel ujawnia kolejne ze swoich uzdolnień, zaczęła się rozglądać za ewentualnym źródłem ataku.
Wśród przechodniów i klientów stacji paliw, jedna osoba wyróżniała się ponad tłumem. Wysoki mężczyzna w ciemnych okularach stał nieruchomo przy swoim samochodzie, z bladą twarzą zwróconą w jej stronę. Cienkie nitki świadomości pochodziły prosto od niego.
Z trzaskiem zamknęła swój umysł, uwalniając potężną dawkę skondensowanej energii.
Niewidoczna fala przemknęła między niczego nieświadomymi ludźmi i uderzyła w cel.

- Jak nim walnęło, to zatrzymał się na sąsiednim samochodzie! – krzyknął Tony, usiłując dotrzymać kroku pędzącej Jerico. – Co to miało być? Jerico, co to było?
Zatrzymała się gwałtownie, tak że omal nie staranował jej pleców. Odwróciła się do niego.
- To był jeden z nich – powiedziała w końcu. Jej głos zadrżał przy ostatnich słowach. – Już po mnie.
Przesadziła płotek ogrodzenia przed własnym domem i dopadła do drzwi wejściowych, które otworzyły się przed nią szeroko.
- Jaki „jeden z nich”? – zapytał poirytowany. Wszedł za nią do salonu i wbiegł po schodach na górę – o czym ty do mnie mówisz?
Nie słuchała go, zajęta opróżnianiem własnej szafy. Stos starych ciuchów i wypranej pościeli upadł pod jego stopami.
- Muszę to naprawić – mruczała, przerzucając gorączkowo szpargały i grzebiąc w czymś, co przypominało walizkę podróżną. – Muszę znaleźć kogoś, kto mi to naprawi.
- Jaki „jeden z nich”? – powtórzył uparcie, ignorując jej pomrukiwania i zrzucając z ramienia zabłąkaną skarpetkę. – O kogo ci chodzi, do cholery?
Wreszcie znalazła przedmiot, którego poszukiwała: coś cienkiego i podłużnego, owiniętego troskliwie w aksamit czarnej szmatki.
- Wampir – spojrzała na niego wyzywająco. – Prawdziwy wampir pojawił się w Allegan.
Sflaczał przekonany, ze dowiedziała się o jego kłamstwie, ale zaraz powrócił do poprzedniego stanu. Coś mu nie pasowało.
- Zaraz – był przekonany, że jeśli dojdzie do prawdy, to dowie się o całej rodzinie. Wiadomość o pojedynczym osobniku nasuwała przypuszczenie, że miała na myśli kogoś nieznajomego, tak więc jego sumienie na nowo się uspokoiło – tylko jeden?
- A ilu? – warknęła. – Jeden wystarczy, żeby poznać teren!
Ostrożnie odwinęła materiał chustki, ukazując odłamek srebrnego ostrza. Wyraźnie widział na nim wygrawerowane inskrypcje w miejscu, w którym urywał się metal.
- Potrzebuję kogoś, kto mi to naprawi – powiedziała, chwytając klingę połamanego miecza i podnosząc ją do oczu. Na nowo zwróciła spojrzenie w jego stronę – znasz kogoś, kto się do tego nadaje?
Nie mógł wydobyć z gardła głosu, wpatrzony w połyskującą powierzchnię szczątek samurajskiej broni, która lśniła posępnym, wewnętrznym blaskiem. Opowiadano mu o takich rzeczach, kilka razy oglądał takie obiekty na starożytnych ikonach i czytał o niech w legendach, ale żadnej z nich nie widział nigdy na żywo. Zdołał wyrzucić z siebie tylko dwa słowa:
- Czarujący Mike.
!!!23..jpg
Miecz_ColdSteel_Katana_CS88BK_w (1).jpg
Tagi: .
31.08.2010 o godz. 13:12

22.

- Matko, Ness!
- Już kończę, przestań mnie popędzać!
Rosalie ostatni raz poprawiła jej włosy i wypchnęła za drzwi pokoju.
- Jesteś pewna, że ta sukienka nie jest zbyt wyzywająca? – zapytała jeszcze przed schodami.
- Nie ma mowy! – pogoniła ją Rose, zerkając w stronę holu. Jasper już tam czekał, znając życie, pewnie zaczynał się niecierpliwić – jest idealnie!
W istocie, jej młodsza kuzynka prezentowała się pięknie. Miała na sobie młodzieżową wariacje na temat małej czarnej i wysokie buty od Christiana Louboutina. To w połączeniu z jej jasną cerą i burzą kasztanowych loków robiło piorunujące wrażenie. Jasper musiałby być ślepy, żeby nie dostrzec jej uroku.
Renesmee szybko znalazła w Rose bratnią duszę – mimo, że nie były spokrewnione, bardzo dobrze się ze sobą dogadywały, możliwe, że ze względu na podobieństwo charakterów. Ta druga dość szybko zorientowała się w fascynacji Nessie jej przybranym bratem i niewiele czasu miało upłynąć, zanim nie zobaczyła w jej obrazie Jaspera. Renesmee była mile zaskoczona świadomością, że starsza siostra nie potępia jej zainteresowania i tym większa była jej wdzięczność za okazaną pomoc.
Jasper już czekał na dole. Miał na sobie białą koszulkę pod swetrem w serek i widok jego szyi nad skrawkiem kołnierzyka sprawił, że omal nie potknęła się w trakcie schodzenia ze schodów. Cudem utrzymała równowagę. Potem jej wzrok zszedł niżej, aż do szlufek paska i spostrzegła, całkiem przypadkowo, że materiał pod guzikiem jasnych spodni jest taki… napięty. Zapomniała o tym, że stoi na schodach i kolejny krok postawiła w powietrzu.
- Ostrożnie – uprzedził Aleksyn, który właśnie wszedł do salonu, z kubkiem ciepłej krwi w ręku.
Rosalie złapała ją za rękę i pomogła utrzymać równowagę. Zaczęła się zastanawiać, czy siedmiocentymetrowe obcasy nie były błędem.
W tej chwili Jasper spojrzał na nią i jego brwi uniosły się, jakby w lekkim zdumieniu. Nessie pozostało mieć nadzieję, że jego reakcja była wywołana miłym zaskoczeniem, nie odwrotnie.
- I jak? – zapytała Rose, uniesionymi rękami prezentując przyjaciółkę, niczym modelkę na wybiegu.
Renesmee zarumieniła się po cebulki włosów, kiedy w hollu zapadła głucha cisza.
- Ślicznie – skwitował Aleksyn, przełknąwszy potężny łyk napoju. Rzucił się na kanapę i z rozmachem kazał włączyć się telewizorowi – schrupałbym cię, gdybyś nie była jednym z nas.
Rosalie uśmiechnęła się z zadowoleniem. Spojrzała wyczekująco na brata.
- Bardzo… dojrzale – powiedział w końcu. – To jak, zbieramy się?
Rosalie pacnęła się otwartą dłonią w czoło, jakby sobie coś przypomniała.
- Jazz, nie powiedziałam ci wcześniej – jej usprawiedliwiający ton nie wróżył niczego dobrego. I słusznie, bo kolejne zdanie miało zmienić ich plany – Emmet zostawił mi wiadomość, że mam dołączyć do nich na północy. Nie mogę z wami jechać.
Jasperowi opadły ręce.
- To co robimy? – zapytał.
- Pojedziecie we dwójkę – odparła niedbałym tonem. – Znasz nieco miasto, na pewno dobrze zorganizujesz ten czas.
Renesmee uśmiechnęła się do niego nieśmiało.
- Rose, zdajesz sobie sprawę, że w moim wypadku samotna wyprawa nie jest najlepszym pomysłem – jej uśmiech zgasł. – Poproszę Carlisle, powinien zgodzić się na małą wycieczkę.
- Ma nocny dyżur – uprzedziła go. – A Esme mu towarzyszy – dodała od razu.
- W takim razie…
Jego wzrok prześlizgnął się po salonie i zatrzymał na Aleksynie, w tej chwili przełączającego bezmyślnie programy bez użycia pilota.
- Nie – powiedziała Rosalie.
- Też mi się to nie podoba – skrzywił się Jasper. – Ale muszę mieć przy sobie kogoś silnego. Aleksyn!
Ten leniwie oderwał wzrok od ekranu telewizora. Renesmee przeczuwała, że miedzy tymi dwoma jest jakiś konflikt – unikali własnego towarzystwa i zachowywali w stosunku do siebie znaczący dystans.
- Co jest, Hale?
- Zbieraj się, właśnie załapałeś się na darmową wycieczkę do miasta.
Aleksyn obrzucił przeciągłym spojrzeniem postać Renesmee i uśmiechnął się z zadowoleniem, prezentując szkarłatne od świeżo wypitej krwi zęby.
- Wedle rozkazu, szanowny.
- Na litość boską – Jasper przewrócił oczami – przepłucz chociaż usta.
Odwrócił się w kierunku Renesmee i zmęczony wyraz twarzy zastąpił uśmiech.
Specjalnie dla niej.
- Jesteś gotowa poznać najnudniejsze miasto w stanie Michigan?
Odpowiedziała z namaszczeniem, jakby chodziło o małżeńską deklarację:
- Tak.

Co jej schlebiło, w samochodzie Jasper zignorował życzenie Aleksyna, żeby usiadła z nim na tyle i usadowił ją obok siebie na przednim siedzeniu. Podejrzewała raczej, że jego troska bierze się z niechęci do kuzyna niż romantycznych pobudek, ale i tak czuła się usatysfakcjonowana mając możliwość zerkania na jego profil.
- Co dotąd myślisz o Allegan? – zapytał ją, odrywając wzrok od ulicy i zwracając się w jej stronę przy prędkości blisko stu trzydziestu mil na godzinę.
- To bardzo… miłe miasto – wykrztusiła widząc, jak nie patrząc na ulicę gładko wchodzi w ostry zakręt. – Niewielkie, ale urocze.
Roześmiał się, jakby usłyszał dobry żart.
- Dobrze wiedzieć, że ktoś ma o nim tak pochlebne zdanie – odparł. – Osobiście uważam, że wystarczyłoby słowo „nudne”.
- „Nudne” to mało powiedziane – dorzucił z tyłu Aleksyn. Żuł właśnie miętową gumę i z każdym poruszeniem jego szczęk zapach mięty obiegał na nowo wnętrze samochodu.
- Przesadzacie – zaoponowała Renesmee. – Na pewno jest coś, co wyróżnia tą miejscowość od innych.
- Racja – zgodził się Jasper. – My.
Zaśmiał się po tych słowach, a Aleksyn mu zawtórował, wkrótce zataczając się z uciechy na kanapie.
- „My”! My jesteśmy atrakcją! To jest dopiero racja!
Renesmee odetchnęła z ulgą. Zdawało się, że jej sąsiadowi poprawił się nieco nastrój.

Kiedy wyjeżdżali z domu, na dworze panowała szarówka. Kiedy dojechali na miejsce, było już ciemno i lampy rozsiewały złote kręgi światła. Chmury rozstępowały się pod naporem wiatru i pierwsze gwiazdy zalśniły na granatowym niebie.
- Piękna pogoda – powiedziała Renesmee, wysiadając z auta.
Jasper zamknął za nią drzwi.
- Nie mogę się z tym nie zgodzić – odparł.
Aleksyn podskakiwał dla rozluźnienia na bruku.
- Co robimy? – zapytał, wkładając ręce do kieszeni płaszcza. – Od czego zaczynamy naszą petit tour-ville?
- Myślałem nad przejściem się do Mahan Parku – powiedział z namysłem. – Bo to jest naprawdę ładne miejsce, a potem nad rzekę. O tej porze muzeum indiańskich zabytków jest nieczynne, więc jeśli będziesz miała ochotę, obskoczymy najciekawsze lokale na Monroe Street.
- Świetny pomysł – podsumowała Renesmee. Aleksyn nie miał takiej zadowolonej miny. Najwyraźniej bieganie po bocznych zakątkach nie należało do jego ulubionych zajęć, jednak pod wpływem wzroku Jaspera przyjął nieco bardziej rozentuzjazmowany wyraz twarzy.
- Fantastycznie – powiedział. – Zawsze marzyłem, żeby zobaczyć ten sławny Mahuan Park.
- Mahan Park – poprawił go Jasper.
- Mahan, oczywiście.
Park okazał się być malowniczo położonym miejscem, pełnym alejek podświetlanych ażurowymi lampionami i kilkoma restauracjami rozmieszczonymi nad brzegiem jeziora. Renesmee musiała przyznać, że to miejsce miało swoją magię, inaczej niż w Waszyngtonie, gdzie bary zwykle były zatłoczone i pełne rozkrzyczanych ludzi.
- Jak tu pięknie!
Opierała się właśnie o ozdobną barierkę nad brzegiem rzeki i podziwiała grę świateł tworzoną przez konkurencję gwiazd z lampami. Strzyżone drzewka okalały chodnik i rzucały niesamowite cienie na otoczenie. Obejrzeli już rzekę i centrum miasta, a Jasper ze sporym zaangażowaniem przedstawił jej pokrótce historię miasta. Okazało się, że Allegan było miejscowością z bogatą kolonialną przeszłością, co tłumaczyło zabytkowe uliczki i staromiejski klimat.
Jasper także oparł ręce na barierce i spojrzał na nią z niedowierzaniem.
- Naprawdę ci się podoba?
Był tak blisko. Zaczęła żałować, że Aleksyn wybrał się z nimi. Stał teraz z tyłu i rzucał zalotne spojrzenia na grupkę chichoczących dziewcząt pod altaną jednej z restauracji.
- Bardzo mi się podoba – odpowiedziała zgodnie z prawdą. Niby od niechcenia zbliżyła się do niego i przesunęła dłonie po krawędzi barierki w jego stronę. Delikatnie dotknęła jego przedramienia i spojrzała mu w oczy – bardzo.
Natychmiast zdjął ręce z ramy i się wyprostował.
- Na pewno zgłodniałaś – stwierdził. – Tu w pobliżu jest całkiem przyjemny lokal. Masz ochotę tam zajrzeć?
Skinęła potakująco głową, w duchu zagryzając wargę ze wstydu. Nagle zaczęła żałować głębokiego dekoltu i odkrytych nóg. Najwyraźniej Jasper nie był z rodzaju tych, którzy zwracali na to specjalną uwagę.
- Aleksyn – warknął Jasper, przerywając mu zaloty.
Teraz nastolatki zwróciły uwagę na niego i zaczęły chichotać ze zdwojoną siłą. Renesmee wyczuwała zainteresowanie jej towarzyszem i wszystkie brudne myśli, które krążyły w powietrzu. Miała ochotę cofnąć się i wylać zawartość kufla prosto na twarz jednej z nich.
Jasper złapał Aleksyna za rękaw i pociągnął w przeciwną stronę.
- Chodź.
Dziewczyny jęknęły z rozczarowaniem, kiedy odchodzili, a w ich głosach słychać było autentyczny zawód. Renesmee pomyślała, że jej kompani muszą się wyróżniać na tle zwyczajnych mieszkańców Allegan. Świadomość, że należy do tego grona nieco poprawiła jej zwarzony humor.
Weszli do zbudowanej w stylu kolonialnym kantyny, która nie była zbytnio oblegana przez tłum. Kiedy usiedli na miejscu Renesmee poczuła, że po raz kolejny skupiają na sobie uwagę zgromadzonych. Zauważyła, że Jasper czuje się zażenowany pod wpływem obcych spojrzeń i zrozumiała, skąd brała się jego niechęć do publicznych wyjść.
Poza tym, był spięty. Obrzuciła spojrzeniem Aleksyna i dostrzegła, że on także zmartwiał. Teraz była żywą istotą między dwoma nieruchomymi posągami. Jedyne, co w nich żyło, to źrenice, które rozszerzyły się nieco, a nozdrza wydęły, jakby zwęszyli w powietrzu coś smakowitego.
Boże, pomyślała. Przecież oni czuli coś smakowitego. Wśród tych wszystkich ludzi musieli czuć się jak głodne dzieciaki w sklepie ze słodyczami.
Sama zwykle odczuwała głód krwi, ale w tej chwili był on zagłuszony przez inne doznania. W końcu była mieszańcem.
- Proponuję skosztować bajgli z serem – przemógł się Jasper i podał jej obklejone menu.
- Właściwie, nie mam apetytu – powiedziała prędko. – Może…
- Czujesz to? – zapytał nagle w zupełnym oderwaniu od tematu i uświadomiła sobie, że nie do niej skierował pytanie.
Jak na sygnał, Aleksyn wyprostował się w miejscu i uniósł brodę.
- Nic – odpowiedział, wciąż wietrząc. Wzruszył ramionami – wydawało ci się.
Skrzywił się, przyznając mu rację. Luźno zwrócił się do Renesmee, jakby wcześniej jej nie przerwał:
- Coś mówiłaś?
- Nie mam…
W tym momencie coś delikatnego musnęło jej policzek. Potrząsnęła głową i zobaczyła jak mały czarno biały ptaszek siada na ramieniu Jaspera.
Spojrzał ze zdziwieniem na swoją rękę. Jego oczy otworzyły się szeroko, jakby coś sobie przypomniał.
- Rany!
Jego podniesiony ton spłoszył zwierzątko, które załopotało skrzydełkami i odleciało z furkotem.
- Poczekajcie chwilę – rzucił do nich i zgrabnie lawirując między stolikami, ruszył do wyjścia.
Aleksyn spojrzał na nią pytająco.
- Wychodzimy – zdecydowanie podniosła się z miejsca.
Kiedy dotarli do drzwi wyjściowych, Jasper już w nich stał z zamiarem powrotu.
- Co jest? – zapytał, siląc się na swobodny ton. Wyraz zaciętości pojawił się na jego twarzy – Niczego nie zamawiasz? - zwrócił się do Renesmee.
- Przygotuj się – mruknął do niego Aleksyn, pozornie zajęty zapinaniem płaszcza. – Panowie na czwartej są napaleni.
Podchwyciła jego spojrzenie i przy barze zobaczyła kilku mężczyzn, szepczących coś do siebie ze wzrokiem utkwionym w ich trójce. Jeden z nich spostrzegł ją i cmoknął w jej stronę mokrymi ustami. Natychmiast odwróciła wzrok.
Jak gdyby nic, wyszli z lokalu i skierowali się w stronę parkingu. Kątem oka zobaczyła, że tamta trójka podążyła za nimi.
- Nie odwracaj się – syknął Jasper. Stanowczym gestem objął ją w talii i przyciągnął do siebie. Była tak zamroczona tą sytuacją, że ledwo zwracała uwagę na drogę.
Aleksyn natomiast sprawiał wrażenie rozluźnionego, nawet zadowolonego. Może wiedział o czymś, co do niej nie docierało, bo kiedy w ciemnej uliczce pojawiły się trzy nowe postacie, nie wykazał odrobiny zdziwienia.
- Tu was mamy – odezwał się jeden z nich, stojąc kilka stóp od ich samochodu.
Ręka, która obejmowała ją w pasie, wyraźnie zesztywniała.
- Dobrze wam radzę – na przekór sytuacji, ton Jaspera był podejrzanie spokojny. – Wynoście się.
Towarzysze tamtego zarechotali.
- Słyszysz, Simon? Ten paniczyk nam grozi!
Znowu urągliwy rechot.
W całym natłoku nie zauważyła, kiedy Aleksyn się ulotnił. Wyrósł nagle za plecami największego z napastników.
- Jak myślisz, Jazz – powiedział wolnym, aksamitnym głosem – czy możemy pozwolić sobie na chwilę wytchnienia?
Dryblas odwrócił się gwałtownie, z uniesioną ręką gotową do ciosu, ale tamten siedział już na dwumetrowym kontenerze na śmieci, machając beztrosko nogami. Przez jedną, krótką chwilę Renesmee wydawało się, że zapalił papierosa, bo przy jego twarzy pojawił się czerwony ognik. Potem uświadomiła sobie, że to błysk jego oka i poczuła strach.
- Co jest? – zapytał niższy z facetów. Miał bródkę w stylu informatycznego inteligencika i koszulę w kratę. Nie zauważył błyskawicznego przemieszczenia się Aleksyna i teraz był zdezorientowany.
- Nie, Aleks – odpowiedział Jasper, zwracając na siebie uwagę trzeciego z nich. – Puśćmy ich wolno.
- Wolno? Nas? – ostatni z nich miał tatuaż w kształcie łezki na policzku, tyle zdążyła dostrzec. – Będziecie mogli uznać za szczęście, jeśli my puścimy was!
- Tylko trochę – Aleksyn zignorował wrzaski tamtych, zwracając się do swojego towarzysza. – Chociaż jednego.
- Złaź stamtąd, gówniarzu! – największy kopnął z wściekłością w blaszany pojemnik, podczas gdy informatyk zbliżył się do Renesmee – Zejdź tu i pokaż, co potrafisz!
- Posłuchaj, pięknisiu – zza pleców Jaspera widziała jego zaczerwienioną twarz i przepite oczy, kiedy mówił do niego – nie warto z nimi zadzierać – wskazał palcem na dwójkę mężczyzn usiłujących rozbujać kontener i klnących głośno – zostaw dziewczynę i idź w swoją stronę, ja…
W tej chwili zniknął z jej pola widzenia i zobaczyła go dopiero na ścianie przeciwległego budynku, kiedy mężczyzna wbił się w nią z głośnym trzaskiem łamanych kości.
Reszta znieruchomiała. Ich oczy powędrowały w kierunku źródła hałasu, a potem zatrzymały się na Jasperze. Właśnie się prostował.
- Nie – powiedział do kogoś, kto stał za ich plecami.
Potem wydarzenia potoczyły się błyskawicznie. Renesmee zobaczyła Aleksyna, który schylał się do pocałunku nad największym z oprawców i Jaspera, jak biegnie w jego stronę i odciąga go od wrzeszczącego w niebogłosy dryblasa. Następnie nieruchome ciało Aleksyna znalazło się w rękach Jaspera i ten krzyknął:
- Biegnij do samochodu. Już!
Mały przedmiot poleciał w jej stronę i odruchowo złapała go w powietrzu, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Spojrzała na swoją dłoń i zobaczyła w niej kluczyki do auta. Otworzyła drzwi w samą porę, żeby Jasper mógł wrzucić Aleksyna na tylną kanapę.
- Wsiadaj!
Nie zdążyła domknąć drzwi przy swoim siedzeniu, kiedy wskoczył na miejsce kierowcy i odpalił. Ruszyli z piskiem opon, z poślizgiem wpadając na główną ulicę. W czasie tej jazdy bez powodzenia usiłowała zapiąć pasy – ręce za mocno jej drżały, żeby mogła zapanować nad skoordynowanymi ruchami. Dostrzegając jej wysiłki, Jasper przechylił się nad deską rozdzielczą i wcisnął zapięcie jej pasów. Nie zastanawiając się nad tym, co robi, chwyciła go mocno za dłoń. Uścisnął ją i delikatnie wyjął, żeby zmienić bieg.
Postać za nimi poruszyła się niemrawo i ich uszu dobiegł cichy jęk.
- Niepotrzebnie mi to zrobiłeś – poskarżył się Aleksyn. – Zapanowałbym nad tym.
Renesmee przypomniała sobie szkarłatny błysk w jego oku i przemknęło jej przez głowę, że to wcale nie było takie pewne.
- Tak mało brakowało! – Jasper uderzył otwartą dłonią w kierownicę i Renesmee podskoczyła na swoim miejscu. Był wściekły – zdajesz sobie sprawę, do czego omal nie doszło?
- Wyluzuj – odparł Aleksyn.
- Naraziliśmy Renesmee na niebezpieczeństwo, tych ludzi – widziała, jak próbuje uspokoić emocje – omal nie zagryźliśmy w centrum miasta. Wiesz, co to znaczy?
Teraz Aleksyn spuścił nieco z buńczucznego tonu.
- Szlaban na wychodzenie i polowania – powiedział cicho.
Przyspieszyli, teraz licznik zbliżył się niebezpiecznie do granicy stu dziewięćdziesięciu mil.
– Nikt nie może o tym wiedzieć – odezwał się Jasper po krótkiej chwili namysłu. – Ten gość ze ściany pozbiera się, tamci nie pisną ani słowa, zbyt zalani, żeby cokolwiek pamiętać – zwrócił się do niej, czekając na jej zdanie. – Jesteś w stanie z tym wytrzymać?
Spojrzał na nią bursztynowymi oczami i zrozumiała, że zatajenie wydarzeń ostatnich chwil było najbłahszą rzeczą, o jaką mógłby ją prosić.
z7734901O.jpg
300px-Allegan_Michigan_2nd_street_bridge.jpg
Mahan park.jpg
30.08.2010 o godz. 22:47

21.

Kiedy kilka dni później pojawił się na literaturze, ona z powrotem siedziała z tą rozpustną Craigową. Nie miał jej tego za złe; właściwie, mógł się tego spodziewać. Siedział wpatrzony w jej plecy i obserwował jak kucyk jej włosów porusza się w rytm ruchów głowy. Całą poprzednią noc spędził na wyobrażaniu sobie rozmowy z nią – w jaki sposób wytłumaczy własne zachowanie i przygotuje na przyszłe wydarzenia. Potem przypomniał sobie własne emocje tego feralnego spotkania i zrezygnował z wszelkich prób, uznając, że lepiej będzie zostawić ją w spokoju.
Dla jej własnego dobra, powinien trzymać się od niej z daleka. Poza Aleksynem, w rodzinie to on miał najkrótszy staż obcowania z ludźmi na co dzień, tym też tłumaczył własną reakcję na nią. Usiłował znaleźć podobieństwa między swoimi przypadkiem, a Belli i Edwarda – w końcu nie dalej niż kilka lat wcześniej mieli sytuację, w której krew jego obecnej żony działała na jego brata niezwykle apetycznie (właściwie, w pewnej części na niego też – był moment, kiedy sam się na nią rzucił), ale nie znalazł zbyt wielu punktów stycznych. Podstawowy szkopuł tkwił w fakcie, że ta dziewczyna nie pociągała go tylko ze względu na krew. Nie patrzył na nią jak na ewentualną przekąskę, ale na… właśnie, na co? To stawał w obliczu problemu, którego nie potrafił rozwikłać.
Może dlatego, że nie był w takiej sytuacji. Z drugiej strony, dwa wieki to kupa czasu, mogło mu co nieco umknąć.
Wyszła z klasy przyspieszonym krokiem, nie zaszczycając go spojrzeniem.
Dobrze, księżniczko, pomyślał. Rób jak uważasz.
Mimo to, czuł się źle. W głębi duszy był poirytowany tym, że nie zwraca na niego najmniejszej uwagi. Na niego! Nie należał do próżnych osób, ale, mimo wszystko, ta dziewczyna przekraczała wszelkie granice bezczelności.
Rosalie nie poprawiła mu nastroju.
- Wybieramy się z Renesmee się do miasta – oznajmiła pogodnie w trakcie drogi powrotnej do domu.
Początkowo nic nie podejrzewał.
- W porządku – odparł. – Tylko zatankujcie auto, bo bak jest na wykończeniu.
- Jedziesz z nami – odpowiedziała, jakby to było oczywiste.
- Słucham? – musiał się przesłyszeć, bowiem wszyscy w promieniu stanu wiedzieli, że nienawidzi zakupów.
Rose przybrała litościwy wyraz twarzy.
- Jedziesz z nami do miasta – powtórzyła łagodnie. – Jest dobra pogoda, a Nessie chciałaby poznać Allegan.
- Rose, dobrze wiesz, że nie…
- Daj spokój – przerwała mu niecierpliwie. – Przyda ci się nieco rozluźnienia, ostatnio jesteś nie do wytrzymania.
Utkwił wzrok w szybie samochodu. Spacerowanie po mieście pełnym aromatycznych ludzi nie należało do jego ulubionych form spędzania wolnego czasu. Nagle coś mu przyszło do głowy:
- Emmet nie może się z wami zabrać?
Pokręciła przecząco głową, skręcając na podjazd.
- Od tygodnia nie był na sycącym polowaniu, w jego wypadku odpada.
- Edward? Bella? Alice?
Zatrzymała się z piskiem opon pod drzwiami garażu.
- Coś się tak uparł? Przybyła do nas w gości, więc powinnyśmy o nią zadbać – wyłączyła silnik. – Rodziców ma dość na co dzień, a Alice wybiera się z Emm do lasu – uśmiechnęła się zachęcająco, widząc jego niezdecydowaną minę. – Będzie w porządku. Nessie uważa, że jesteś sympatyczny.
Nie zareagował na przymilną nutę w jej głosie.
- Niech będzie – powiedział z ręką na klamce drzwi. – Tylko żadnych zakupów.
- Jak sobie życzysz – jej uśmiech poszerzył się niebezpiecznie. Gdyby byli w innych okolicznościach pomyślałby, że zwyczajnie coś knuje – w takim razie wyruszymy wieczorem.
tumblr_l5tmi5BuPo1qashl1o1_500 - Kopia.jpg
tumblr_l5tmi5BuPo1qashl1o1_500.jpg
29.08.2010 o godz. 22:00
dreamownia
Skąd: bzdury, kicz i obciach. Nie musicie tego mi mówić - wiem o tym. Ale nie obchodzi mnie to. Ćwiczę :)
O mnie: Cullenowie przeprowadzają się do Allegan w Stanie Michigan, Edward z Bellą żyją z córką na swoim, a Alice nigdy nie była z Jasperem... za to mieszkają ze zbiegłym byłym Volturi pod jednym dachem - akurat wtedy, kiedy w szkole pojawia się ktoś inny... w każdym możliwym sensie.
statystyki
sekcja użytkownika
Cullen Men xD rysunki moje, choć znajdziecie w nich odbicia moich ulubionych bohaterów pop kultury (czy Czarujący Mike nie przypomina wam Tylera Durdena?). Pisanie moje.


MusicPlaylist
Music Playlist at MixPod.com